Kiedy się na powrót odwróciłem do okna, karczmareczki już w nim nie było. Więc ja do karteczki, ale ani sposobu — noc ciemna choć oko wykol, a o świecy ani pomyśleć. Była to jedna z przyjemności więziennych, których miliony ma dla człowieka ta jama bezecna, a które, aby wszystkie opisać, Bóg wie wiele czasu by trzeba. Krótko mówiąc, ta marna kartka tyle mnie niespokojności nabawiła i tyle różnych, a tak dziwacznych myśli naprowadziła na moją głowę, żem przez noc całą ani oka nie zmrużył, wciąż jeno rozmyślając nad tym, o czym by mnie mógł donosić Konopka. A tymczasem to wszystko silenie się i łamanie sobie głowy nad odgadnięciem tego, co mi nie było wiadomym, musiało być bezowocnym; Pan Bóg dopiero, przysyłając świt dzienny, którego odblask i do mojej kaźni się zakradł, poradził tej niecierpliwości, pasującej się ze snem i wyczerpującej siły moje.
Wstawszy tedy rano i stanąwszy pod oknem, wyczytałem z onej karteczki te słowa:
„Kochany bracie! Nieszczęście twoje wszystkich nas tu obeszło. Przyjechaliśmy tu, do Tarnowa, byliśmy u prefekta i u plackomendanta, ale ani mowy nie ma z tymi panami. Powiadają oni, że to jest crimen, za które podług ich paragrafów trzeba dać gardło; bo zarazem o vim publicam i perduellionem408 będziesz winiony i prawami, jak mówią, przekonany. Ale nie frasuj się jeszcze, prima regula iuris est fortiter negare409”.
— Bądźże zdrów, panie Nieczujo! — rzekłem do siebie z ciężkim westchnieniem, wyczytawszy tę kartkę. — Vis publica, perduellio, crimen, gardłowa sprawa! Pięknie zakończysz chwałę twojego rodu, panie Marcinie na Nieczułkach i Nieczujowie. Nieczujo Ślaski! Którego przodkowie pisali się Comites et Senatores410, którego imię zapisane jest na wszystkich polach sławniejszych, którego żaden przodek może jeszcze ani jednego wiardunka411 nie zapłacił na grzywny, który jesteś ostatni tak znakomitego w Rzeczypospolitej rodu, pięknie skończysz, panie Marcinie!
To mówiąc, rzuciłem się przy tapczanie moim na kolana i modliłem się gorąco z jaką godzinę. Po modlitwie trochę lżej mi się uczyniło na sercu, tak lżej, że mógłbym lekko głowę położyć na klocu, ale nie tak lżej, jak to bywa, kiedy jaki sposób ratowania się zaświta w głowie albo w sercu pewna zabłyśnie nadzieja. Widząc mnie tak zafrasowanym, Węgrzynek przystąpił do mnie, pytając:
— Co jegomości?
— Ej! Daj mi pokój! — odpowiedziałem. — Ot! Przyszła wiadomość, że nas obydwóch lada dzień obwieszą.
— Chryste Panie! — krzyknął na to Mighaza. — A to czegóż tu siedzieć, uciekajmy, panie, zaraz tej nocy.
Dopiero opowiedziałem mu całą sprawę, tak jak się miała; po czym on znowu:
— Ale co tam czekać na rezurekcję! Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje. Na co nam cudze łaski? Ja dziś wszystko sporządzę; Cygan, który tam siedzi w kącie, ma piłeczkę przy sobie, przerznie się krata i wszyscy uciekniemy.