Kto nie był nigdy więzionym, próżno temu opisywać uczucia i myśli, które pod ziemię spuszczają się do człowieka; zresztą i nie na wiele by się to komu przydało, bo jak każde nieszczęście, tak i to podobno każdy człowiek wedle swojego usposobienia, a każdy inaczej czuje i przyjmuje. Miałem sposobność przekonać się o tym w moim późniejszym życiu, kiedy mi się zdarzało z wielu rozmawiać ludźmi, którzy dla różnych powodów i w różnych miejscach odsiadywali! Ba! Kiedy i sam jeszcze raz później zamknięty siedziałem, ale gdzie? — oto aż na brytańskich wyspach w angielskiej fortecy. Tak to los ludźmi dziwnie pomiatał mojego czasu.

Ale powracając do rzeczy, to sobie powiadam i drugim po mnie, za krwawym doświadczeniem osobiście nabytą, a nie z żadnych piśmideł wyczytaną pozostawiam naukę, że kto ma czystą i niezachwianą wiarę w sercu i w każdej chwili wolny i wyrzutami sumienia niezaparty regres406 do Boga, ten każde nieszczęście łatwo przeniesie407 na sobie i podczas kiedy inni upadać będą pod lada groźną chmurką, on żyw zostanie pod ognistymi gromami.

Zamknięcie mnie wtenczas do kałauzu i w aspekcie przedstawiające się obwinienie o zabicie człowieka — pod rządem racjonalnym, surowym i cale innymi, jak w dawnej Rzeczypospolitej, prawami, a do tego jeszcze w chwili, kiedy stała przede mną droga otwarta do tyle upragnionego szczęścia — nie było to niepowodzenie chwilowe albo kapryśna losu zawistnego chmura, ale był to cios srogi, pod którym i upaść całkowicie, i zdesperować na wieki nie powinno było być rzeczą dziwną ani też niezwyczajną. Jednak się nie upadło. Zrazu, trudnoż nam to zaprzeczać, wielkie niecierpliwości mnie opanowały; rzucałem się i targała się we mnie dusza jak w opętanym, pierwszej nocy nachylałem się nawet ku projektowi Węgrzynka, aby kratę wyłamać i uciec albo wybić się z tej jaskini; ale dnia drugiego, uspokoiwszy się i umitygowawszy modlitwami, mówionymi i czytanymi z książki nabożnej, którą miałem ze sobą, całkiem inne myśli mnie nawiedziły. Sam się tego nie spodziewałem po sobie, żebym ja, w którym natenczas jeszcze krew kipiała jakby w ogniu, który na wojnach podjazdowych pierwszą odebrawszy edukację, postępowanie prędkie i porywcze drugą w sobie uczyniłem naturą, który (panie Boże! zapomnij mi to przy ostatecznym rachunku) w młodości mojej li przez samą porywczość niemało niewinnych ludzi nakreskowałem, który na koniec tak się po szatańsku targałem po owej nieszczęśliwej rekuzie — żebym ja, mówię, zamknięty między czterema ścianami, choć jedną dobę mógł wysiedzieć spokojnie. A przecież tak było w istocie — bo i zwykle tak bywa, że im kto zuchwalszy w małych nieszczęściach, tym pokorniejszym bywa w większych.

Siedziałem tedy dzień jeden, drugi, i trzeci jak najpokorniej, a to tym więcej, ile że w głębi mojego serca przecież poczuwałem się, jeżeli nie do okrągłego grzechu, to przynajmniej do karogodnej lekkomyślności, wskutek której wmięszałem się w ową burdę fatalną. Więc podczas kiedy tam po prowincji przyspieszonym pędem rozlatuje się wieść o moim uwięzieniu, pobiciu, zabiciu i Bóg nie wie czym jeszcze, a to do tego stopnia, że, jak mi to później opowiadano, w Sanockiem aż rozgłoszono o mnie, żem zgoła w sto szabel napadł na miasto Tarnów — ja tu najwięcej kłopocę się o to, żem mój wózek z końmi zostawił w gospodzie, bez grosza pieniędzy i bez żadnej dyspozycji. Więc czwartego dnia rano powiedziałem klucznikowi kałauzowemu, iżby powiedział swoim starszym, żeby raz jakiś koniec ze mną zrobili; ale klucznik, który był człek pochmurny, służbę swoją pilnie czyniący, a w żadne rozmowy się niewdający, bo to takich zawsze obierają za dozorców więzień, ręką tylko kiwnął na moje zagadnienie, mruczał sobie pod nosem, że to dopiero początek. To mnie znowu zafrasowało i mogę powiedzieć, że nawet pognębiło, bo jakież to się przede mną otwierały widoki? Jednakże Pan Bóg jakoś łaskaw, tego dnia jeszcze zesłał mi niejaką pociechę, a to w ten sposób.

Karczmareczka, jako to zawsze sprytna i przytomna, przekupiwszy stojącego pod oknami kałauzu na warcie, późnym wieczorem wsuwając przez wydartą siatkę jakieś wiktuały mężowi, powiedziała mi; że konie moje z wózkiem zabrali jacyś ludzie przeze mnie poszkodowani, a mianowicie tenże sam hultaj, który mnie napadł na ulicy, a który powiada się bratem niegdy niby to przeze mnie ustrzelonego, a przed kilkoma dniami z ran umarłego żołnierza. Dalej donosiła mnie, że dyspozytor mój przyjechał już z Bóbrki z czterema końmi i karabonem i że przywiózł ze sobą szkatułkę z pieniędzmi, które jej dał do schowania — zresztą, że o moim zamknięciu cały powiat już jest powiadomiony, że wysłano o tym wiadomość w Sanockie, że wczoraj się tu kupa szlachty zjechała, że chodzili do prefekta i do plackomendanta i że lubo ona nie wie, co tam prawili, jednak żebym się nic a nic nie frasował, że wszystko dobrze będzie.

— Ale Zosia, Zosia, na miłość Boga! — zawołałem do karczmareczki — Ona nic nie wie, ona umrze z niespokojności, widząc, że ich nie dopędzam na drodze.

— Ha! Na to już ja nie poradzę! — odpowiedziała karczmareczka i oddając mnie kartelusz zwinięty, dodała: — To od pana Konopki, a schowaj jegomość dobrze, żeby kto nie pojmał.

— Przyjdźże tu jutro — rzekłem — to dam odpowiedź na wszystko, a miej tam już opiekę nad moimi końmi i ludźmi, osobliwie też nad szkatułką; a jeżeli się o nią obawiasz, to oddaj ją panu Konopce lub Stojowskiemu, lub nareszcie Lgockiemu.

— Dobrze, panie, ale pana Lgockiego nie ma; on zaraz tego dnia, kiedy jegomościa zamknęli, pojechał za panną Zofią.

— Tam do diabła! — rzekłem. — Cóż to będzie z tego? Zofia mnie widzieć nie będzie, Lgocki jej nagada, żem ją porzucił, żem się przeniewierzył, ona mu gotowa uwierzyć... Panie! Ratujże mnie, sługę Twojego.