— Jak to? — rzekłem. — Długoż to się będą wlokły te śledztwa?
Oni patrzyli po sobie niby z zadziwieniem, młodszy zaś odpowiedział:
— Kochany panie, to jest dopiero początek; my pana badamy tylko dlatego, ażeby się przekonać, czyli jest rzeczywiście i pewne podejrzenie i do jakich sądów mamy pana odesłać. Ale zresztą to samo z siebie wynika, że sprawa ta będzie traktowana kryminalnie, a nim przez wszystkie instancje przejdzie, zapewne z rok się przewlecze.
— Upadam do nóg waszmościów! — odpowiedziałem głośno i wyszedłem, ale idąc przez kurytarz, powiedziałem sobie w duchu: — Kto mnie za rok tutaj obaczy, temu nie konia z rzędem, ale dam całe stado moje.
Powróciwszy do mojego więzienia, dokąd mnie dwóch żołnierzy piechoty z bagnetami odprowadziło, zaraz mnie opadli koledzy, pytając: „A co tam? A jak tam? O co pytano? Co powiadano? itd. Ale gdzie mnie się tam chciało co gadać? We mnie by się i krwi był wtedy nie dorznął, tak mnie się ciężko zrobiło na sercu; gdzież mi tam do rozmowy? Jeszcze z kim, z tałałajstwem. Ale Węgrzynka ciekawość przecie musiałem zaspokoić. Znowuż on tedy kratę przerzynać i uciekać koniecznie. Ale ja zawsze jeszcze nie.
— Poczekaj — mówiłem — na co ten pośpiech? Wszakże nam cały rok obiecują siedzenia; będzie jeszcze dość czasu i do namyślenia się, i do wymyślenia dobrego planu, i do wykonania go. Zresztą, może też Bóg da, że się co zmieni? Wiesz, co pisał Konopka; rezurekcja nie tak daleko, nie masz ani trzech niedziel do niej. Obaczymy.
Ale u mego Węgrzynka krew to nie woda, ba, i umysł nielodowaty, więc nie dosyć, że Mighaza mojej perswazji nie akceptował, ale jeszcze się zżymać począł, ba, fukać na mnie. Inną razą wiem, co bym mu był odpowiedział na takie zachowanie się przeciw panu, ale w więzieniu diable człowiek maleje; toteż i jam tak zmalał, że zamiast dać w kark zuchwalcowi, jeszczem się przed nim składał i tłumaczył, jak żak przed dyrektorem. On też, widząc, że ja mięknę i pokornieję przed nim, dalejże na mnie! Ba! Ale bo i ja nie z kamienia, więc na niego — dosyć że zaczęła pomiędzy nami powstawać sprzeczka, która kto wie na czym by się była skończyła, gdyby nie to, że nagle pośród ciszy więziennej, przerywanej tylko naszymi półgębkiem wprawdzie, ale zawsze porywczo wymawianymi słowami, dał się słyszeć jakiś ruch w kurytarzu.
W naszej kaźni było ciemno choć oko wykol, bo więźniom światła nie dają; więc naprzód ujrzeliśmy tylko dwa jasne pasy światła, przebijające się przez górną i dolną szparę pomiędzy drzwiami i odrzwiami, i kręcenie kluczów w kłódkach dało się słyszeć, ale niebawem wszedł klucznik nasz z latarką w ręku i przystąpiwszy do mnie, zdziwionego tym jego o niezwyczajnej porze zjawieniem się, powiedział, iż pewien pan chce się widzieć ze mną i pyta, ażali wejść może.
— Któż to jest ten pan? — zapytałem klucznika.
— Zaraz go pan obaczysz — odpowiedział tenże, a w tejże chwili wpadł z niezwykłą swoim ziomkom szybkością znajomy mi ze Źwiernika baron von Holmfels.