Wpadłszy tak, jednym pędem prawie przyskoczył do mnie, wołając z francuska:
— Ach! Panie Nieczuja! Panie Nieczuja! Co się to dzieje z waszmością?
— Ot! Widzisz pan, co się dzieje! — odpowiedziałem z rozczuleniem i chciałem dalej rozwodzić moje jeremiady, ale on mnie wziął pod ramię i zaprowadziwszy się ze mną w kąt, jął najpierw wypytywać, co to i jak to, zaręczając mi z góry, iż przyjaźń, której on doświadczył ode mnie w Źwierniku, a która świeżo tkwi w jego pamięci, przywiodła go do mnie; jakoż i ta przyjaźń wkłada na niego obowiązek wywdzięczenia mi się teraz tym wszystkim, co tylko w jego będzie mocy; powiadał dalej, że nic jeszcze o mojej sprawie nie wie i nic wiedzieć nie może, bo dopiero co zlazł z wozu, powróciwszy z swojej górskiej podróży; dlatego zaklinał mnie na wszystko najświętsze, abym mu nagą prawdę objawił we wszystkim i objaśnił go o każdym najdrobniejszym szczególe, bo tylko w takim razie może mi, jeżeli nie pomóc stanowczo, to przynajmniej objaśnić mnie o wszystkich możliwych mojej sprawie obrotach, co na wszelki wypadek tylko korzyść przynieść mi może.
Przyznam się, iż lubo baron po kilka razy dawał mi święte słowo kawalerskie, iż co bądź usłyszy ode mnie, w tajemnicy dochowa na wieki, i pomimo tego uczucia, które koniecznie kazało dawać wiarę słowom żołnierza i kawalera, jakaś nieufność, jakieś podejrzenie po kilka razy odzywało się we mnie. Nuż wyspowiada mnie i poleci z językiem do sądu, nuż zdradzi?... Dopiero by człowiek przepadł bez ratunku. Ale tak ginąć czy owak, wszystko to jedno; niechże choć nieufnością nie grzeszę! I zasiadłszy z nim na tapczanie, opowiedziałem mu wszystko.
— Hm!... — rzekł on, wysłuchawszy mnie pięknie i cierpliwie. — Już to niedobrze wróży dla waszmości, że ta sprawa sama z siebie zanadto jest jasną.
— Jak to jasną? — spytałem.
— Jasną, bo to, że waszmość, a nie kto inny, strzelałeś do żołnierza, prawie samo z siebie wychodzi i pewno to nie uszło baczności inkwizytorów; a wiesz, że we wszystkich sądach to jest najgorsza dla obwinionego, jeżeli sędzia z samego opowiedzenia faktu już poweźmie wewnętrzne przekonanie o winie; zaraz to inaczej w takim razie idzie mu inkwizycja i rzadko kiedy w takiej sprawie braknie mu prawnych dowodów. Ale nie tędy droga ratowania waszmości. Powtarzam, że nic nie wiem jeszcze o tej sprawie z tamtej strony, ale już naprzód tak mi się zdaje, że kiedy nieszczęście tak chciało, żeś się dostał w ręce urzędu, to, jeżeli z politycznych powodów nie wypłynie jaki dla ciebie ratunek, w prawie zawsze tylko zgubę dla siebie znaleźć możesz. Źle jest, panie Nieczujo! — dodał pan Holmfels z westchnieniem. — Ale nie trzeba się jeszcze frasować.
— Ba! — rzekłem. — Nie frasować się! Toż to gardło nie bagatela.
— Eh! — odpowiedział baron. — O gardle tu nie ma mowy. Cesarzowa-królowa dekretu śmierci za taką rzecz nie podpisze; mnie się zdaje nawet, że po przeprowadzonym procesie, jakakolwiek kara dla ciebie wypadnie, każdą daruje. Nie jest bowiem intencją tej pani w nowym kraju rozpoczynać rządy od surowości i to jest, co ci niezawodnie ratunek przyniesie. Zresztą, obaczymy jeszcze za dni kilka, niech no jeszcze się z tamtymi panami obaczę i pogadam.
— Proszęż pana — rzekłem na to — a czy nie mógłbym się tą drogą ratować, żeby zapłacić familię zmarłego kaprala i żeby ona odstąpiła od oskarżenia?