Trzeciego dnia od otrzymania karteczki od misjonarza, a siódmego od pierwszej wizyty barona, w samą obiadową godzinę, kiedy zwyczajnie ani jednego urzędnika nie było w ratuszu, kawaler ten stawił się istotnie przede mną. Były to czasy, w których jeszcze kawaler, jakiegokolwiek by był narodu, nigdy się nie mylił, a co powiedział, bywało świętym i niezłamanym, jakby najuroczystsza przysięga. Nie wątpiłem też ani razu, a przynajmniej nie chciałem wątpić, że Holmfels punktualnie postawi się w słowie, jakoż zaręczenie o tym zaraz przy powitaniu mu wypowiedziałem. On mi za to podziękował grzecznie i uprzejmie, ale jakoś kwaśną miał minę. Rzeknę tedy:
— Po fizjognomii waszmości uważam, że nie z najlepszymi nowinami przychodzisz, ale jednakże, bądź co bądź jest, powiedz otwarcie i śmiele; dobić mnie jeszcze nie dobijesz, a złego nie pomnożysz.
— Istotnie — odpowiedział on smutno — że nie jest bardzo dobrze. Nie jest tak źle, jak sam sobie wystawiałeś, ale i nie jest tak dobrze, jak ja się spodziewałem.
— Więc cóż jest? Mów bez ogródki.
— Proces przeciwko tobie jest wytoczony po wszelkiej formie. Obwiniają cię o zamięszanie publicznego spokoju, o zabicie, a właściwie o śmiertelne ranienie człowieka. Kara śmierci za to na żaden sposób przysądzoną być nie może ani nawet w pierwszej instancji, ale oprócz tego ta sprawa całkiem inny obrót weźmie. Posyłano bowiem wiadomość o niej sztafetami do Wiednia zaraz za pojmaniem twojego sługi, a stamtąd przyszedł taki rozkaz: żeby ciebie zaraz aresztowano, aby surowo postępowano z tobą, aby badano i sądzono podług praw i po formie, a kiedy wyrok przedłożony zostanie do najwyższego potwierdzenia, to cesarzowa-królowa nie odmówi swej łaski. Jest tedy tak, że pewnie i niezawodnie nic ci nie będzie, ale zostaniesz przeniesiony do kryminalnego więzienia i posiedzisz wraz z sługą twoim najmniej rok albo półtora.
— To niepodobna! — odpowiedziałem żałośnie. — Za trzy miesiące wyniesiono by mnie stąd nieżywego.
— Ha! To jest smutno — rzekł na to Holmfels — ale na to nie ma już rady. Gdybym był tu pierwszego dnia zaraz, kiedy ciebie ujęto, to może byłbym w inny sposób poradził, ale dziś już za późno.
— No, więc wszystko przepadło! Trzebaż samemu co myśleć o sobie. Cóż powiadasz na to? Uciec, a przynajmniej próbować uciec — mogę każdej chwili.
— To już przechodzi zakres tego, co zrobić mogę — odpowiedział Holmfels, porywając się z miejsca — życzę tylko z całego serca, żebyś jak najprędzej powrócił do tego świata, którego serca tak sobie umiesz podbijać.
I zabierał się do wychodu. Ja też, szanując w nim człowieka mającego dawniejsze obowiązki nad świeżą przyjaźń, podziękowałem mu i za to, co mi wyświadczył, a zaręczając mu pamięć moją i wdzięczność dozgonną, pożegnałem się z wychodzącym.