Z wielu tedy łódek, które się nam, tonącym w tej otchłani, pojawiały z początku, pozostała tylko ucieczka. Czekać tedy nam wypadało i czynić przygotowania, a do Wielkiej Soboty mieliśmy jeszcze pięć dni. Opowiedziałem Węgrzynkowi rzecz całą i ułożyliśmy plan taki: iżby najpierw codziennie, osobliwie rano, kiedy gwar był na rynku, kratę piłować i do soboty przerżnąć ją o tyle, żeby za uderzeniem ręki z łatwością wylecieć mogła, dalej, żeby z wszelką ostrożnością czekać soboty, gdyby zaś sobota omyliła, w niedzielę uciekać oknem, w pięciu, tak, jakeśmy byli.

Na tych przygotowaniach i oczekiwaniach czas nam zszedł do piątku i do piątku byliśmy wszyscy jeszcze jako tako, jak zwyczajnie, kiedy chwila stanowcza albo zapowiedziane niebezpieczeństwo jest jeszcze daleko, lecz gdy minął wieczór piątkowy, a z nim razem i chwila, w której karczmareczka z ostatnią wiadomością jeszcze przybyć miała i nie przybyła, to w sobotę rano wszystkim nam się jakoś dziwno zrobiło. Nie mogę powiedzieć, żeby to była bojaźń albo rozpacz, ale jakieś zbezwładnienie, które częstokroć ludzi bojaźliwych przed bitwą na przykład porywa; ale było to jakieś dziwne usposobienie, którego prawie opowiedzieć nie można. Zawieszenie owe427 pomiędzy szczęściem i nieszczęściem, pomiędzy życiem a śmiercią jakoś tak dziwnie nas usposobiło, żeśmy przez cały dzień drżeli jak liście. Cygan tylko jeden był wesół i spokojny i ciągle nam powtarzał:

— Nie ma się czego bać, panie! Ja już siedm razy uciekał i zawsze dobrze mi poszło.

Człowiek w nieszczęściu ma zawsze pewną determinację, a w Bogu nadzieję, że i odwagi nie braknie, kiedy jej przez całe życie nie brakło, ale zawsze była jakaś obawa we mnie. Toteż od południa, nastroiwszy sobie dębową lisztwę, od tapczana oddartą, cały czas już wisiałem u kraty. Aż mnie piersi zabolały, tak ich sobie nagniótłem o przymurek u okna, ale przecie wytrwałem i dobrze się stało, bo na godzinę przed zmrokiem przyszedł mój misjonarz wolnym krokiem popod moje okno i ujrzawszy twarz moją za kratą, pokrzepił słowem pociechy.

Jakoż i na godzinę jeszcze przed zmrokiem wszedł klucznik do naszej kaźni, wnosząc wodę i pytając, ażali kto czego nie żąda, bo on już dzisiaj nie przyjdzie, chcąc także pójść na nabożeństwo.

I jedno, i drugie dobre było dla nas i odpowiedzieliśmy klucznikowi, że żaden z nas niczego nie potrzebuje, tylko go prosiemy, aby się i za nas pomodlił. I zostaliśmy w dalszej niecierpliwości.

Kiedy się zmierzchać poczęło, wiele ludu zgromadziło się na mieście. Wojsko wyciągnęło się długą linią na rynku i przed farnym kościołem, aleśmy go nie widzieli, bo nasze okno patrzało na południową stronę, a kościół farny stoi w rogu między północą i zachodem. Dobry zmrok był już, kiedy zaczęto bić w dzwony i kilka salw dano. Po chwili rynek był już napchany ludem i przy świecach i pochodniach zaczęły się procesje. Myśmy się także modlili i pewnie goręcej jak cały lud tamten, ale tak już byliśmy rozdrażnieni i taka w nas była determinacja, że Węgrzynek rzekł do mnie:

— Panie, tu nie ma co czekać. Krata przepiłowana, warty zajęte. — Dalej w imię boże! — Uciekajmy!

I ja na to przystałem. Nie będę wam opowiadał, jakimi drogami dostaliśmy się na ulicę, dość że wsunąwszy się po ciemku pomiędzy tłumy, wygniotłem się na rynek, gdzie znowu tłum, i tak przeciskając się niepoznany, wpadłem w ulicę pańskiego domu, gdzie mnie zaraz we drzwiach karczmareczka opadła, wołając:

— Panie! Gdzie mój mąż? Gdzie mąż?