— Jest, jest, jest — odpowiedziałem, chociaż w rzeczy nawet nie wiedziałem, co się z nim stało, i pobiegłem do sieni, w której pośrodku stały moje cztery konie, zaprzężone do karabonu, a przy nim o lusznie oparty ksiądz misjonarz z moją szkatułką w ręku.

— Widzisz — rzecze on do mnie, rzucając mi się w ramiona. — Ale tu nie masz czasu do stracenia, siadaj zaraz i jedź, jedź, gdzie chcesz, byle nie do domu.

— Niech ci Bóg zapłaci! pozdrów mi wszystkich i uściskaj ode mnie! — odpowiedziałem ze łzami księdzu i wskoczyłem na wóz, a podczas kiedy wsiadałem, z drugiej strony wskoczył mój Węgrzynek, któren nawet nie wiem, skąd się wziął i kiedy przybiegł.

Woźnica konie zaciął i w ciemną noc ruszyliśmy na dół na prawo gościńcem, mniejsza o to, dokąd, byle precz z tego fatalnego mieściska.

VII

Wyjechawszy z onej gospody o dobrym zmroku, jechałem wprost gościńcem ku Wojniczowi i pewno już z jaką milę upaliłem podolską, zanim odgłosy rezurekcyjnych salw i dzwonów przestały mi szumieć w uszach, a dopiero widok miasteczka Wojnicza, o półtorej mili odległego od Tarnowa, obudził we mnie zupełną przytomność. Stanąwszy tedy na środku gościńca, uczyniłem z moimi sługami wielką naradę, jak jechać, gdzie i którędy? — i zgodziliśmy się wszyscy trzej na to, żeby jechać bez wypoczynku i wprost za Wisłę. Oto tylko chodziło: którędy? Ale i na to znaleźliśmy dobrą odpowiedź zaraz w pierwszej gospodzie; jakoż z niej wziąwszy sobie przewodnika, puściliśmy się ku Wiśle, a mianowicie ku Ujściu Solnemu i Opatowcowi, na całą noc.

Kto zna tutejsze okolice i gościńce, temu się może dziwnym wydawać będzie, dlaczego ja wtedy sprzed Wojnicza nie jechałem wprost dalej gościńcem ku Krakowu, ale w nocy puściłem się na małe i nieznajome mi drogi; ale kto słuchał dawniejszych moich opowiadań, ten sobie przypomni, iż miałem siostrę rodzoną, Jadwigę — rokiem starszą ode mnie, a już przed laty dziesięciu wydaną za imć pana Krzysztofa Michałowskiego, herbu Poraj, stolnikowicza sandomirskiego, i mieszkającą na swoich własnych wioskach w Sandomirskiem — i temu zboczeniu mojemu cale się dziwić nie będzie.

Pomiędzy siostrą moją a mną w wieku naszym dziecinnym i pacholęcym była wielka przyjaźń i miłość, a to do tego stopnia, że nie tylko to wyrobiłem u mego ojca, iż ją po zamęściu wraz z zięciem blisko rok jeszcze przytrzymał w Bóbrce, ale kiedy przyszło do pożegnania, przyrzekliśmy sobie najuroczyściej, iż koniecznie z czasem tak się z naszymi majątkami uregulujemy, żebyśmy kopcami granicznymi przytykali do siebie. Ale, jak to zwyczajnie bywa na świecie, póki człek młody, to nie dosyć że mu niezliczone mnóstwo najpiękniejszych rzeczy roi się po głowie, ale jeszcze zdaje mu się, że co tylko pomyśli za młodu, to to niezawodnie kiedyś wykona. I powiedz ty nawet młodemu, że tylko połowa jego planów olbrzymich jest czczym snem i marzeniem, których za lat kilka sam się wyprze albo zapomni, to się jeszcze obruszy na ciebie i powie, że go nie znasz i żeś mu jest nieprzyjaciel — a tymczasem, któż nie wie, jaki by to piękny był świat ten, gdyby tylko setna część snów młodzieńczych w rzeczywistość się zamieniła!

Takim też snem młodzieńczym, który snem tylko pozostał na wieki, był i ów plan nasz zbliżenia się z siostrą w sąsiedztwie. Po jej wyjechaniu od nas ze swoim mężem mój ojciec sam rządził przeznaczoną dla mnie połową fortuny i nie pozwalał się wtrącać do niczego. W cztery lata potem wybuchła wojna, w której i ja, zrazu dla zabawki, potem już z obowiązku, służyłem. Śród wojny zaszła śmierć mego ojca — fortuna się została na boskiej opiece i tak rok cały przetrwała. Po wojnie łatało się dziury w sercu i w fortunie znowu przez rok okrągły, do tego jeszcze kordon mnie odgrodził od siostry, a kiedy potem zapłonęła we mnie owa nieszczęśliwa żądza dziedzictwa, dalibóg, że lubo jeszcze nie byłem stary i pewnie tak samo siostrę kochałem, jak dawniej, jednak już nowsze sny i marzenia tak wyrugowały dawniejsze, że te ostatnie ani mi na myśl nie przyszły.

Jednak teraz była rzecz inna. Począłem miłość i konkurencję, o czym jeszcze nic a nic nie wiedziała Jadwisia; przeszedłem świeżo takie terminy, które mnie w jednym momencie uczyniły wygnańcem i Bóg wie na jaki los całe życie moje podały; jechałem prosto gdzieś daleko i jeżeli także na niebezpieczne okazje, to przynajmniej ze stałą determinacją, choćby życie położyć dla Zosi — więc choć teraz najpierwszym i obowiązkiem, i serca mojego pragnieniem było widzieć się przedtem z Jadwisią.