Z Opatowca tedy, dokąd się szczęśliwie przeprawiłem przez Wisłę, prowadziłem podróż moją wprost dalej i dnia drugiego stanąłem w Nieczujowych wioskach. Tam jednak już mi Pan Bóg tak nie poszczęścił, jak się tego spodziewałem; siostrę bowiem zastałem słabą na ciele i srodze posmuconą na duszy z powodu utraty ulubionego dziecięcia. Więc zamiast co miałem się przed nią wyspowiadać ze wszystkich moich smutków i miłości, zamiast w jednej rzeczy rady od niej zasięgnąć, w drugiej pomocy lub pociechy, to musiałem z bólem serca wszystko swoje starannie taić przed nią i jeszcze się zdobywać na słowa pociechy. Szwagrowi tylko, który był mąż cnót niepospolitych i dziwnie wzniosłego serca kawaler, opowiedziałem wszystko co do joty. Zafrasował on się tym niepomału428 i rzekł mi:

— Wiele tu tego złego jest, panie bracie, więcej nawet niżeli, jak uważam, sam sobie liczysz. Bo i konkurencję taką trzeba prawie na równi kłaść z nieszczęściem, i lekkość umysłu twego nie brać za szczęście; o procesie tarnowskim to już nie ma co i powiadać. Chwała Bogu, żeś osobę twoją przynajmniej zeń wyratował, ale przyszłość twoja i fortuna uwięzła przy nim na długo, kto wie, może i na wieki.

— Jak to rozumiesz? — zapytałem.

— Całkiem po prostu — odpowiedział pan Michałowski — nie ma ciebie, to mogą zabrać twoją fortunę, bo kto wie, jakie tam prawa. Ale ja cię tak nie zostawię; kiedy cię głos serca woła za Zosią, to jedź już z Panem Bogiem za nią, ale ja zaraz jutro pojadę do Bóbrki. Tego tak nie można zostawić, bo kiedy nieszczęście zechce, to wszystko możesz utracić, a tak, na razie przynajmniej, choć gotowiznę ci uratuję i przecie coś zrobię około twojej sprawy, a kiedy nie, to choć się dowiem o wszystkim.

Nie chciałem zrazu przyjmować tej od niego posługi, bo miał swoje gospodarstwo niemałe i, co gorsza, żonę słabą w domu, ale zważywszy, że siostra moja nie była tak bardzo słabą, a mnie tu w złym razie mogły grozić niemałe rzeczy, przyjąłem jego ofiarę z wielką wdzięcznością. Zwłaszcza kiedy, jak zwyczajnie, przyszło do tego, że moja siostra tego dnia jeszcze o wszystkim się dowiedziała, to już ani mowy być o tym nie mogło, żebym tak został bez ratunku; ona bowiem, spłakawszy się nade mną jak dziecko, determinowała się raczej sama wstać z łóżka i pojechać do Bóbrki, niżeli mnie tak na los szczęścia zostawić. Zostało tedy przy tym, że Michałowski miał zaraz nazajutrz wyjeżdżać do mnie, i umówiliśmy się tak, iż on o wszystkim, co zrobi lub o czym się dowie, donosić będzie żonie, ona zaś mnie pocztą lub gdyby tego potrzeba było, to i umyślnym posłańcem wprost do Oszmiany. Tak więc dnia następnego, rzewnymi żegnając się łzami, rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę, nie wiedząc wcale, kiedy i w jakich losach nam się Pan Bóg znowu widzieć dozwoli.

Podróży mojej dalszej opowiadać nie będę, nic bowiem w niej nie zdarzyło mi się osobliwego i chybaby to tylko do osobliwości policzyć, iż spod Sandomierza dnia trzynastego przed wieczorem znalazłem się około Oszmiany i słońce jeszcze miało z godzinę biec ku zachodowi, kiedy ja już z pagórka o kilka staj tylko przed sobą ujrzałem wieś dziadkową. Z bijącym sercem i wielką niespokojnością zbliżałem się do niej, ale i ja mogę powiedzieć o sobie, że poznałem ją zaraz! Dworek drewniany z ganeczkiem o czterech słupach, na którego czele przybitą była Matka Boska Ostrobramska ze łzami w oczach i uśmiechem na licu, z dziedzińcem gładkim przed sobą, wysokimi okolonym płotami, przez które bez turecki przechylał swoje gałęzie, a w którego środku stały trzy lipy rosochate, niegdy piorunowym ogniem osmalone; dworek ten, mówię, o którym tyle słyszałem i od dziadka, i od Murdeliona, jakże by mi się był nie miał zaraz ze wszystkim przypomnieć? Nie wyglądał wprawdzie teraz ani on, ani jego okolica tak, jak wtedy, kiedy dziadka wypędziła z domu owa bezecna macocha lub kiedy Murdelio, ujrzawszy przed gankiem modlącą się sług Witowych gromadkę, tak był tym widokiem pochwycony, choć za diabelskie swe serce, że konia odwrócił i swego zbójeckiego zamiaru zaniechał, ani też tak, kiedy po świetle księżycowym krwawy ów napad w rzeczy429 wykonał; bo teraz była to dopiero połowa maja i ledwie pierwsza zieleń okrywała ziemię i drzewa, na łąkach jeszcze wody tu i ówdzie stały i podrywało się z nich ptastwo błotne, szukające żeru albo noclegu; pługi krajały ziemię skrzętnie, rozsypawszy się po niej jak stado mrówek naokoło, skowronek jeszcze śpiewał swoje pierwsze piosenki, a słowik dopiero lutnię swą stroił; jednak, mając ów bór po lewej, w którym niegdy modlącego się łzami krwawymi dziadka olśnił pożar macoszynego domu, i mając wszystkie słyszane opowiadania świeżo przywołane w pamięci — smutno się zamyśliłem.

Konie moje, długą sforsowane podróżą, noga z nogi wlokły karabon po błocie, woźnica kiwał się na koźle i drzymał. Węgrzynek, jako sławny między gawiedzią geograf, ciekawie się rozpatrywał wokoło, a ja myślałem o owym domku drewnianym i sobie. O, nędzny domku! Ty, który już tyle razy na przemian byłeś świadkiem i cnót wielkich, i zbrodni, który chowałeś w sobie i anioły, i gady, który między twoimi ścianami mieściłeś bezecną babę z obrzydliwymi gachami i dawałeś na twej podłodze rozpustne za sieroce pieniądze lusztyki, który patrzałeś na najszlachetniejszego z młodzieńców, obłożonego we własnym domu guzami, wyrzuconego za bramę, wyszczutego psami, a przecie niemającego jeszcze złej myśli w sercu i poświęcającego wszystko dla pamięci swojego ojca i czci niepokalanego imienia, który byłeś świadkiem starodawnej cnoty sąsiedzkiej, opiekującej się skrzętnie sierocym groszem przez lat kilkanaście, który potem obejmowałeś w swych ścianach tyloletnie szczęście domowe i jakby łza czyste pożycie stolnikowej rodziców, który śród tego czasu wypiastowałeś śliczną jakby anioł i dobrą jak anioł panienkę, a która jednak była złą gwiazdą, prowadzącą za sobą tyle złości i zbrodni, i krwi niewinnie rozlanej, i niespokoju, i zmartwień, i nieszczęść dosięgających biczem swoim aż serca następujących pokoleń, który na koniec sam świadkiem byłeś i zgody, i niezgody jednego z potomków imienia, ich rzucania się sobie w ramiona, a potem na siebie, ich gróźb i wyrzutów, i przekleństw, i napadów!... domku lichy i niepokaźny, cóż ty masz dla mnie w zanadrzu? Co tam dla mnie chowasz pomiędzy twoimi ścianami? Jaka z kolei chmura zawiśnie teraz nad dachem twoim, czy biała i przezroczysta, złotymi wesołego słońca obwiedziona brzegami, czy czarna, groźna i nowymi gromami ciężarna?

Takimi myślami zajęty, zajechałem przed ganek. Zrazu wydawało mi się, że cały ten dom jest pusty i że w nim nie masz nikogo, tak jakoś cicho było na dziedzińcu; ale kiedy się obejrzałem i wzrok rzuciłem na okno, serce mi tak uderzyło, że aż wykrzyknąłem z radości. Zosia była w okienku i wyglądała w dziedziniec na drogę. Poznawszy mnie, pędem strzały zniknęła w oknie i wybiegła do sieni, ja też nieleniwo zeskoczyłem z wozu i w jednym okamgnieniu znaleźliśmy się razem na ganku, a ja, drżący cały, ze łzami w oczach ściskałem już tę bielutką rączkę, której wtenczas może więcej jak nieba na wieczne posiadanie pragnąłem.

Milczenie wtórujące temu uściśnieniu trwało dość długo; ja przynajmniej, lubo przez drogę miliony wiadomości dla Zosi zbierałem, teraz, jak mi Bóg miły, nie umiałem ani słowa powiedzieć, ale ona, zasłaniając chusteczką oczy dwiema ślicznymi łzami ozdobione, rzekła najprzód półgłosem:

— Myśmy myśleli, że pana Marcina gdzieś na drodze zabito.