— Dziękuję wam za tę myśl — odpowiedziałem — bo prawda, że chyba tylko śmierć lub więzienie mogło mnie w tej podróży zatrzymać.
— Więzienie? Boże! — zawołała Zosia. — Któż waszmości śmiał więzić?
— Był taki, co śmiał, ale to potem opowiem. Cóż tu się dzieje? Mama?...
— Mama jest na zamku Piotrowiczowym — odpowiedziała Zosia z westchnieniem.
— Jest? Chwałaż Bogu i za to — odpowiedziałem. — Już my ją stamtąd dobędziemy.
— Daj Boże! — rzekła Zosia. — I teraz wierzę, że mama nazad do nas powróci, kiedy waszmość przyjechał. Ale chodźmy do dziadka, on się bardzo ucieszy pana Marcina przybyciem.
To mówiąc, otworzyliśmy drzwi po prawej stronie, wiodące do izby dość dużej, w której przy jednej ścianie siedział dziadek w poręczowym krześle; przy nim stoliczek mały po staremu z butelkami miodu czy wina, a za stolikiem drugi szlachcic, także już podeszłego wieku, ale nieznajomy. Wszedłszy, przyskoczyłem do dziadka, witając się szczerze i serdecznie. A on też do mnie także od serca:
— Jak się masz, Nieczujo? Widoczny to cud boży, żeś tu przyjechał, bo pewno w niemałych być musiałeś obrotach; już ja myślałem, że cię zgoła zabito.
— Dziękuję jegomości za tę dobrą o mnie opinię — odpowiedziałem starcowi, całując go w ramię. — Zabić mnie, nie zabito, ale mnie uwięziono.
— Uwięziono? Jakże? To waszmość był pod kondemnatą430? — zapytał on szlachcic siedzący przy dziadku i pijący miód z kubka.