— Pod kondemnatą? Uchowaj Boże! — odpowiedziałem. — Dopiero miano wypisać dekret na mnie, ale uciekłem przecie.

Na to dziadek:

— Siadaj no, siadaj, Nieczujo, i powiadaj, co tam z tobą wyrabiali i za co, bo to doprawdy ciekawe rzeczy.

— Dobrze — odpowiedziałem — siądę i opowiem od deski do deski, ale pierwej nie, póki mi jegomość nie powiesz, co się tu dzieje; bo jużci to ciekawsza431, a nade wszystko ważniejsza.

Westchnął starzec na to i rzekł:

— Co się dzieje! Źle jest, bo gdyby było dobrze, tobyś był moją córkę już tutaj obaczył. Ale w Bogu nadzieja: w Bogu i w imć panach sąsiadach — dodał dziadek — którzy nas przecie nie opuszczą.

— W Bogu, w Bogu tylko, panie cześniku dobrodzieju — na to szlachcic — bo my, chociaż całym powiatem staniemy przy waszmości, to jednak tylko nasz obowiązek zrobimy, tak jakeśmy już raz zrobili, kiedyśmy po raz pierwszy córkę jegomości z tego przeklętego zamku dobyli. Ale jak się to pierwszy raz dało zrobić z łatwością, tak i teraz się zrobi; bo czy to się nie ma dosyć siły na to? Czy się to nie zna każdej dziury w tym zamku?...

Ja się na to popatrzyłem na tego szlachcica, ciekawy, kto by to był, który tak zna wszystkie dziury w Piotrowiczowym zamku, co spostrzegłszy, dziadek rzekł zaraz, wskazując ręką na niego:

— To jest jmć pan Gintowt, teraz cześnik wendeński, a niegdy plenipotent pana Ignacego, ten sam, który...

— Wiem, wiem — przerwałem dziadkowi — który niegdy pół załogi zamkowej spisał przeciw Murdelionowi i panią stolnikową wywiózł, aby ją oddać ojcu.