— Tak jest, ten sam — rzekł pan Gintowt, ściskając mi rękę — wtedy był młody, a dziś już stary i siwy, jednak i dziś jeszcze, da Bóg, z równym szczęściem będzie głównym motorem takiejże samej imprezy.

— Dajże Boże! — odpowiedziałem na to — tylko że to dziś trzeba będzie podobno bić z wierzchu na zamek, nie tak jak pierwej, wymknąć się tylko ze środka.

— Nic to nie wadzi, i to się potrafi. Na przyszły wtorek mamy tu sejmik powiatowy w Oszmianie i ja tam będę, a jaką szlachtę i ile jej stamtąd przywiozę, to waszmość obaczysz i sam osądzisz, czy można z nią bić na zamek czy nie.

— Ślicznie to waszmość mówisz — odpowiedziałem — czy tylko zechcą przyjechać?

— Ja bo waszmości nie koncept z głowy powiadam, tylko rzecz dokumentną; przecie to już jest udeterminowane432.

Dopiero dowiedziałem się całej rzeczy, która była następująca.

Murdelio, porwawszy stolnikową z Źwiernika, jak i kiedy z nią dojechał do swego zamku, tego nikt wtedy nie wiedział i do dziś dnia nikt nie wie, powiadam to, bo mi rozum tak mówić każe; jednakże stał się przy tym porwaniu jeden szczegół dziwny i nieodgadniony, który swojego czasu potwierdzony był świadectwami dwóch prawie całkowitych powiatów, to jest: pilznieńskiego i oszmiańskiego, a pomimo to jednak dzisiaj u nikogo by wiary nie znalazł. Szczegół ten zasadzał się na tym, że zaraz następnego dnia po owej fatalnej nocy, w której Murdelio porwał stolnikową w Źwierniku, wieść się rozeszła po powiecie oszmiańskim nie o tym, że Piotrowicz porwał panią Strzegocką z jej domu, ale o tym, że ją już przywiózł do siebie, a nawet byli tacy, którzy go dnia tego rankiem widzieli wjeżdżającego dwiema brykami w zamkową bramę. A przecież to była przestrzeń mil stu dwudziestu! — Kiedy mi to opowiadano, na żaden sposób nie chciałem wierzyć i mówiłem Gintowtowi do oczu:

— Ale już mówcie wy sobie, co chcecie, ja w żaden sposób nie uwierzę. Człowiek tego żadną siłą zrobić by nie potrafił, a chociaż niemało ludzie gadają o tym, że żywe diabły chodzą po ziemi i niektórym ludziom nawet w ich sprawach dopomagają, to już daremna433, ale póki ja co takiego na własne oczy nie ujrzę, póty też nie uwierzę. Prawda, że nie mówię już nadzwyczajne, ale nawet i zwyczajne rzeczy tego Piotrowicza dużo diabelstwem trącą; nie zaprę się nawet tego, że i mnie samemu o nim nieraz się co takiego przywidywało, że doprawdy trudno to sobie po prostu wytłumaczyć, ale czy to jednego człowiek nie rozumie w tym życiu, a przecie zaraz nie nazywa diabelstwem?

Na to Gintowt:

— I dobrze waszmość w tej materii mówisz, i niedobrze; bo chociaż to nie bardzo się chce wierzyć w diabły człowiekowi takiemu, który nigdy nie widział, toż jednak jakże znów nie wierzyć, kiedy w nich wierzy cała Litwa? Pana Piotrowicza, o którym mowa, ja sam znam tak blisko, jak mało który z sąsiadów, bo, Panie Boże mi odpuść, służyłem u niego lat kilka; lecz co się tyczy diabelstwa jego, to, Bogiem a prawdą, sumiennie nie mógłbym ani tak, ani owak zaświadczyć. Widziałem ci ja niejedną taką rzecz po nim, przed którą się ludzie żegnają, i jam się żegnał, ale zawsze daleki byłem od tego, żeby aż diabła w nim widzieć; i jeżeli przyszło do tego, żem jego służbę samowolnie porzucił, to nie inny był powód temu, jeno ten, żem się o jego szkaradnej nieuczciwości przeświadczył. Wiele by to dziś gadać o tym i daleko by sięgać potrzeba, żeby życie tego człowieka doskonale wyświecić, ale ilekolwiek bym nagadał, to zawsze bym w tej rzeczy tak rozumiał, jako i dziś powiadam, a to: że ani ci, którzy go szczerym diabłem być powiadają, ani owi, którzy go tylko bardzo złym człowiekiem być mienią, nie mają racji, bo któż zaprzeczy, że można nie być diabłem, a jednak mieć pomoc diabelską?... Ale co się tyczy tego teraźniejszego jego przybycia tutaj, to wierz sobie, waszmość, lub nie wierz, a ja ci to jeszcze powtarzam, że o samym środopościu, w dzień św. Pankracego Wyznawcy, byłem tu u pana Żaby w sąsiedztwie i właśnie siedzieliśmy sobie przy piwku marcowym, rozmawiając to o tym, to o owym, kiedy wpadli do niego pan Kasper Magnuski i Jur z Borowiczek i powiedzieli nam, że diabeł wenecki ukradł panią Strzegocką mężowi gdzieś na Mazurach i dziś o świcie przywiózł ją na swój zamek. Jeszcześmy się sprzeczali o to, że pani Strzegocka nie ma już męża, bo ja sam byłem na nieboszczyka stolnika pogrzebie, czego wszystkiego świadkiem był pan Żaba, który, kiedy mnie wiary nie ma, sam to waszmości przytwierdzi, a zresztą i wszystka szlachta z okolicy, bo tegoż dnia jeszcze wiadomość ta rozeszła się na pięć mil naokoło.