Jakoż zaraz się to potwierdziło, bo znowu niebawem dwóch wymknęło się w jelnik, a kiedyśmy ich zgonili, pokazało się, że obadwa byli szczerzy boćwinkowie spod samej Oszmiany. Jednakże nie mogę powiedzieć, żeby dużo było tego gubienia się po drodze, bo koniec końców tylko trzech nam uciekło.

Zegarek mój kieszonkowy pokazywał jedenastą godzinę, kiedy Jur rzecze do mnie:

— Kiedy wyjedziemy za las, popatrz waszmość na lewo, obaczysz zamek Murdeliona.

I w samej rzeczy ledwieśmy wyjechali za las, zaraz się tak przecudny a dziwny przed naszymi oczyma roztoczył widok, że go podobno do śmierci nie zapomnę. Widok ten oto poczynał się piękną równiną, która była tak lekką a białą mgłą nakrytą, jak gdyby ją kto delikatnym nakrył muślinem. Mgła ta im dalej, tym się wydawała gęściejszą i bielszą i tym podnosiła się wyżej, a na koniec tak wysoko, że aż sobą zakrywała ostatni kres nieba; a wsiąkając w delikatne swe fałdy srebrne światło księżyca, dozwalała zarazem przez siebie widzieć rój gwiazdek bladawych, niby w niej utopionych i konających. Na takim tle cudnym po lewej stronie nad wzgórzem rysował się zamek czarny, którego jednakże wierzchnie tylko mury i niewysokie zębate a krzewami zarośnięte już baszty widne były naszemu oku; reszta zamku także była w mgle zatopiona. Na tych murach i basztach widać było wyraźnie jakichś ludzi kręcących się tam i sam, którzy tym dziwniej nam wyglądali, ile że niektórzy z nich trzymali jakieś lonty zapalone albo latarnie w rękach i z nimi się snuli. Zresztą jeszcze tylko w kilku oknach zamkowych widać było światło jaskrawsze, niżej mgła grubsza niczego już dojrzeć nie dozwalała.

Ujrzawszy to, zatrzymałem konia i przypatrywałem się temu dziwnemu widowisku, a im dłużej się przypatrywałem, tym dziwniejsze mi się naciskały myśli i uczucia, bo to, co widziałem, kazało mi się w tym miejscu domyślać raczej jakiegoś zaczarowanego dobrych duchów mieszkania niżeli diabelskiego siedliska. Ale niebawem wyprowadzony zostałem z błędu, bo w tejże chwili krzyk głośny dał się słyszeć na murach, czerwone światełko mignęło jaśniej na jednej baszcie, trzy strzały działowe zatrzęsły ziemią i powietrzem, trzy kule zaświstały około nas, a jedna z nich o kilka kroków tylko ode mnie roztrzaskała wraz z koniem owego młokosika, który dobrowolnie adiutantował Jurowi.

Takie przywitanie, przez najbojaźliwszych nawet niespodziewane, zrobiło efekt należyty.

I warto było widzieć Jura z Borowiczek natenczas, jako z dobytą szablą rzucił się przed front pierwszych szeregów; warto było widzieć Gintowta starego, który, odmłodniawszy o lat dwadzieścia, stał na przedzie jak rycerz prawdziwy; ba! warto bo i było wiedzieć on hufiec cały, który, pozbywszy się trzech tchórzów ze swoich szeregów, na odgłos strzałów zatrząsł się cały i dobywszy jednocześnie szabel, stanął nie tylko gotowy, ale pojedynczymi końmi nawet naprzód wysadzał i rwał się, jak gdyby każde mrugnienie oka było dla niego godziną.

Kiedy się słyszeć dały one trzy strzały działowe i jednym z nich ustrzelony został on młody Litwinek, skoczył Jur na koniu przed front hufcu i dobywszy szabli, wielkim głosem zawołał:

— Krew już płynie! Po żołniersku ten diabeł nas wita, odpowiedzmyż mu po żołniersku! — Gintowt zaś z swojej strony zawtórzył:

— Pomnijcie na to, że ja tam każdą dziurę znam w zamku; kiedy uderzycie, wprost za mną, z przyzwoitym impetem, ani włos z głowy żadnemu z nas nie upadnie!...