— Rad bym mówić, że dla kompanii, ale tak nie jest, bo tu moje właściwe miejsce.
— A to na co?
— Na co? Niebawem to waszmość obaczysz.
Ledwie co tych słów dopowiedział, kiedy dwóch waszeciów z szarego końca, już od niejakiej chwili pozostając po trochę, skręciło nagle na lewo i zniknęło między jelnikiem. W tymże momencie spiął Jur konia i krzyknąwszy: „Oho! już?” — skoczył za nimi i zaraz im drogę zajechał. Myśmy posunęli się za nim.
— Panowie bracia! — wołał on do tych dwóch zatrzymanych przez siebie. — fugas chrustas475? Fe! To nieładnie.
— My nic... my tego... ja tylko tak... — jąkali oni jeden za drugim, zmięszawszy się setnie.
— No, ja widzę, że to nic, że waszmość tylko tak — odpowiedział Jur na to — ale jednakże to nieładnie; niech no waszmość się nazad wsuną w szeregi, bo my, nim uderzymy na zamek, to pierwej przecie staniemy i obliczymy się, a pan Gintowt ma wszystkich spisanych.
— Co u diabła! Popisał nas? — rzekł jeden.
— Ba! Popisał, panie bracie, chyba wracajmy — odpowiedział drugi i zwróciwszy konie wjechali obadwa do szeregu, mrucząc sobie coś z litewska pod nosem.
— Będzie tu tego więcej — rzekł do mnie Jur, kiedyśmy już dawnym ładem postępowali dalej.