— Panie Marcinie! Powróć nam mamę, a za niewolnicę pójdę do niego do śmierci!

Na te słowa, kiedy to ryknę sobie w głos basem, a Zosia dyszkantem, szczęście, że panowie bracia nie bardzo byli posłuszni Jurowej komendzie i stąd był gwar wielki jeszcze i hałas, bo mój płacz pewno by był przez wszystkich słyszany. Ale tak, sam własnym głosem ocucony, zebrałem się i ścisnąwszy jeszcze Zosię za rączkę, skoczyłem na koń i wraz z Węgrzynkiem pomięszałem się ze sprawiającą się w krótkie szeregi szlachtą.

Kiedyśmy wyjechali i zaraz za bramą sprawili się na drogę, zrazu tylko krzaczyskami i karłowatą brzeziną otoczoną, zaraz też księżyc pełny dobył się na niebo, ale taki był krwawy, tak czerwony, że zawiesiwszy się nad czarnymi borami, wyglądał jakby słońce wypalone i gasnące nad Litwą. Potem wyjechał on wyżej i jeszcze wyżej, a tak wyjaśniał i wybielał, że rozlane po sobie światło jego odbijając, ziemia zdawała się kobiercem zielonym w srebrne dzianym desenie. Na koniec wyszedł na sam środek niebieskiego sklepienia i lejąc coraz obfitsze białego światła powodzie, zdało się, że stanął tak i czekać będzie, póki nie powrócimy z wyprawy.

A my, sprawiwszy się w takie szeregi, jakie się na niewielkiej drodze pomieścić mogły, ciągniemy sobie truchtem dalej i dalej. Na przodzie jedzie starszyzna, więc Gintowt, więc Żaba i innych kilku jeszcze siwowłosych, których nazwiska, ile że litewskie, więc dziwne a krótkie, dawno mi już wyleciały z pamięci.

Za nimi w pierwszych szeregach posuwa się szlachta co przedniejsza, a po skrzydłach młodzież, która ognistsza i rada by już prędko z bliska obaczyć, jako smakuje bitwa; dalej pospolita szlachta z zagonów, a na koniec tałałajstwo na chudych szkapach, lada jako okulbaczonych, wszyscy pijani serdecznie, gwarzący głośno, odgrażający się srodze i z pachołkami a gawiedzią w czambuł zmięszani.

Ja, jako obcy pomiędzy nimi, żeby mnie kto nie posądził o chęć burmistrzowania na cudzej ziemi, jechałem z Węgrzynkiem moim na samym końcu, ale dwóch stajań nie zrobiłem, kiedy do mnie przygalopował Jur z Borowiczek z drugim jeszcze jakimś młokosikiem, którzy to lubią się wieszać przy starszych, aby nic jeszcze nie uczyniwszy i żadnego dowodu ani ręki, ani głowy nie dawszy, zaraz już coś więcej znaczyć nad innych, i obadwa stanęli przy mnie.

— Kto tu się wlecze na szarym końcu? — rzecze Jur dojeżdżając do mnie i opatrując mnie bliżej.

— To ja, panie bracie — odpowiedziałem — nie chcę się naprzód wysuwać przed bitwą, żeby mnie Litwini nie posądzali o co, bo i tak już słyszy się niejedno i puszcza pomimo ucha, a jak przyjdzie do bitwy, to już ja się znajdę na przedzie.

— Masz waszmość prawdę: w ogniu pierwszy, w odwrocie ostatni, oto żołnierz jak trzeba, a tymczasem ja tu z waszmością pojadę.

— Proszę, proszę — rzekłem — jeżeli waszmość dla mojej kompanii, to nie przyjmuję tej grzeczności; waszmość tam potrzebniejszy na przedzie. — A on na to: