— Ani kosteczki zeń nie zostanie — i Bóg nie wie co jeszcze, to jednak ani jedno Ave nie przeminęło, kiedy już wszyscy siedzieli na koniach, a Jur na siwym ogromnym ogierze szalał tędy owędy, prosząc do porządku waszmość panów braci i dobrodziejów.
Moje konie dwa osiodłane i całkiem gotowe stały przy stodole na stronie i trzymał je tam Węgrzynek, więc ja też zbliżyłem się do nich i kiedym właśnie myślał nad tym, czy mam Zosi jeszcze ucałować rączki przed odjazdem, czy uniknąć łez i czułości, bez pożegnania odjechać, rzecze do mnie Węgrzynek:
— Panna stoi ze starym jegomością w ganku i prosi, aby pan się z nią widział koniecznie.
Odwróciłem się więc od koni i poszedłem w ganek, a stary do mnie:
— Mój Nieczujo! Zniknąłeś gdzieś jak kamfora; czy nie myślisz się nawet pożegnać?
— Wszakżeż da Bóg za kilka godzin znowu się powitamy.
— Patrzajże — rzecze stary — to on naprawdę myślał bez pożegnania odjechać. A przecież to wojna, mosanie! Kto wie co komu jest zapisano, a i tak jeszcze chciałem ci co powiedzieć. Komendę wziął Jur z Borowiczek z Gintowtem, to dobrze, bo to ludzie jak mur, ale szlachta się trochę popiła, uważaj tam z łaski swojej... żeby się ta hołota gdzie nie pogubiła po drodze. Oj! Bo to widzę i na oszmiańską już termin przyszedł.
— Ale niech no jegomość już się spuści474 na nas; choćby we trzech uderzymy i panią stolnikową na rękach tu przyniesiemy.
— Mój Nieczujo! — zawołał dziadek rozczulony i nachylając się ku mnie. — Rób, jak możesz. Niech cię Bóg prowadzi, mój synu!
Słowa: „mój synu!” zaraz mnie pochwyciły za serce, rzuciłem się więc do nóg dziadkowi i łzy mi się w oczach zakręciły; do tegoż Zosia jeszcze, rozpłakawszy się także i chusteczkę trzymając przed oczyma, wyłkała do mnie: