— Nie odcięto, znam ja swych ludzi! — odpowiedział Jur i wtem wpadliśmy do sieni pierwszego piętra. Tam zaraz na Gintowta, który szedł pierwszy, uderzyła kupa zbrojnych. Gintowt się odciął i zaraz natarł, tuż za nim Jur rzucił się jakby lew rozdrażniony, a potem tuż my, kiedy ich weźmiemy na szable, to jakby orzech zgryzł, kilku położyło się zaraz, a reszta jak wymiótł. Murdeliona jednak pomiędzy nimi nie było.
— Gdzież ten diabeł wenecki! — zawołał Jur na to, gdyśmy w sieniach ostali sami.
— Do tych drzwi walmy! — zawołał Gintowt, pokazując drzwi jedne na lewo.
Wtem huk straszny się rozległ po całym zamku, wszystkie mury zadrżały, aż podłoga pod nami zadygotała. Był to ostatni strzał działowy wydany z baszty zamkowej, ale już to był jęk śmiertelny tego diabelskiego zamczyska — bo nie zważając nic na to, w tejże chwili rzuciliśmy się na drzwi pokazane nam przez Gintowta i uderzyliśmy w nie ramionami. Drzwi tylko trzasnęły kilka razy pod naszym naciskiem, ale też i natychmiast pękły i rozdarłszy się w kilka części, wpadły do izby. W pierwszej izbie nie znaleźliśmy nikogo, tylko światło uderzyło nas w oczy; ale równo z łoskotem, który za naszym wpadnięciem rozległ się po salach zamkowych, w drugiej czy w trzeciej izbie dał się słyszeć strzał z pistoletu i zaraz za nim krzyk gwałtowny kobiecy, rozdzierający serce. Na to poskoczyliśmy jeszcze rączej do drugiej izby, ale i w tej nie było nikogo, tylko światła i światła; przy drzwiach do trzeciej dopiero jakiś chłop zbrojny zastąpił nam drogę — ten od Jura rozpłatan na miejscu. Po tym trupie przebiegliśmy dalej do sali wielkiej, wysokiej, z wąskimi gotyckimi oknami, z mnóstwem różnych drzwi i krużganków, ale i tu nie było nikogo, ale że drzwi było kilka, więc Gintowt znowu rzucił się naprzód i wpadłszy razem z nami w małe rogowe drzwiczki, wwiódł nas do niewielkiego pokoju, w którym już miało się oko na czym zatrzymać. Na ziemi bowiem wyciągnięta jak długa leżała, zda się już nieżywa, niewiasta, koło niej z rozpierzchnionymi włosami, z krwią nabiegłymi oczyma, z twarzą prawie tak czarną, jak węgiel, pomięszany, chwiejący się, we francuskie czy włoskie koloru czarnego suknie ubrany, on sam, Murdelio. U nóg jego na ziemi, niedaleko od tej kobiety, leżała szabla bez pochwy i pistolet pewno po strzale porzucony przez niego; on zaś sam trzymał drugi pistolet i ze wzrokiem utkwionym w ową kobietę, zdawał się być w onym fatalnym momencie, w którym człowiek, spełniwszy czyn rozpaczy i widząc, że i ten nie zdał się na nic, traci głowę i zmysły. Jednakże gdyśmy wpadli, porwał się i wymierzywszy do nas z pistoletu, wystrzelił, ale już spudłował. Na to Jur rzucił się na niego, a jako już rozbrojonego, puściwszy szablę swoją na temlak, ręką pochwycił za kark i podniósłszy go w powietrze, zawołał.
— Rozćwiertować tego diabła!
Ale ledwie tych słów domówił, Murdelio się zwinął jak wąż, Jura ukąsił w rękę do samej kości i wyrwawszy mu się z garści, z sztyletem błyszczącym jak szkło, który nie wiem, czy miał za rękawem, czy dobył zza pasa, rzucił się na nas. Nasza wina była, żeśmy nie byli przytomni, z czego on korzystając, najpierw mnie, który już z opuszczoną szablą stałem o parę kroków, pchnął tak silnie w pierś poniżej prawego ramienia, że mi i pierś przebił aż do samej łopatki, i zaraz powalił o ziemię; potem Gintowta srodze drasnął po twarzy i także powalił, a przez powalonych skoczywszy, w drzwiach zniknął. A wszystko to stało się tak nagle, że kiedy tamci dwaj szlachta za uciekającym z pistoletów strzelili, to jeno drzwiczki kulami potrzaskali.
Co się dalej działo, tego już dokładnie opowiedzieć nie umiem, bo mnie za moment gęba napełniła się krwią i odszedłem od przytomności. To tylko dla zaokrąglenia rzeczy dopowiem, że ona niewiasta, którąśmy na ziemi leżącą znaleźli i zabitą być rozumieli, była to pani stolnikowa, ale ani nawet draśnięta nie była, tylko tak od przestrachu przy pierwszym Murdeliona strzale omdlała. Zaś czy ten strzał Murdelio puścił do niej, czy przez prędkość do nas, jeszcze natenczas w pierwszej izbie dopiero będącym, nigdy się od niej nie można było dowiedzieć.
Szlachta nasza, powstrzymana przez ową hołotę w dziedzińcu, biła się doskonale, ale hołota nicpotem, jednakże naszych liczono na czterech zabitych i kilkunastu ranionych, pomiędzy tymi i Węgrzynka mego, który tak był skłuty i potłuczony, że jego powrócenie do zdrowia i do dawnej fantazji za cud Pana Boga trzeba było uważać — hołoty zaś nasieczono bez liku.
Murdeliona, po zniknięciu jego z onej izby narożnej, ludzkie oko już nie widziało: przechowałli on się gdzie w jakiejś piwnicy, dostałli477 się jakim podziemnym wychodem na czyste pole, a nawet czy kiedykolwiek potem jeszcze się na swym zamku pokazał, pozostało zagadką na wieki, a zarazem i źródłem do wielu baśni i plotek, które do dziś dnia opowiadają sobie w tych okolicach.
My zaś wszyscy, a mianowicie pani stolnikowa, wystraszona, milcząca i blada, jakby ją z trumny wyjęto, ja, srodze ranny i osłabiony, Gintowt z rozpłataną ręką i wąsem odciętym i reszta pokaleczonych, powsadzani na wozy i otoczeni mało co przetrzebionym hufcem naszym na koniach, jeszcze śród ciemnej nocy wyruszyliśmy z zamkowego dziedzińca, a właśnie słońce poranne pierwszymi promieniami swymi złociło jasnozielone łąki i pola i tysiącami tęczowych blasków igrało w każdej kropelce rosy, kiedyśmy stanęli przed obrazem Matki Najświętszej Ostrobramskiej, wiszącej nad gankiem dziadkowego dworku, i tam witani byli łzami i mdłościami, i okrzykami radości, pomięszanymi ze sobą.