IX

Już to był miesiąc sierpień na niebie i na ziemi. Słońce letnie, puszczając swoje ogniste promienie pionowo na ziemię, powyciskało ostatnie soki z krzewów i roślin; zboża, jedne już zżęte, stały w półkopkach na polu, drugie dojrzewały co dzień, co godzina, co chwila; sady, obrodziwszy obficie, gięły się pod ciężarami owoców i roznosiły ciężką woń po powietrzu, jarzyny już schnąć poczynały po ogrodach; czerniał groch niedawno jeszcze zielony i upadał do ziemi, kurczyły i otwierały się same od siebie strączki różnobarwnej fasoli, obwijała się włóknem i uwiędłe puszczała liście wysmukła kukurydza i tylko burak jeden, poczerwieniawszy na liściu jakby pijanica na twarzy, chwiał się na wietrze, lecz potężnie trzymał się ziemi. Już ptastwo błotne, wzmógłszy się we dwójnasób młodym pokoleniem i oblawszy się478 pięknie, wabiło do siebie myśliwych; już po odlocie dudka i rybitwy, niby przedniej straży wędrowników powietrznych, bociany poczęły się zbierać na niskich łąkach na swoje sejmy, aby się o podróży naradzić, już po otawiskach479 całe noce ze spętanymi końmi trawiły koniuchy, ba, już i pługi poczęły coraz gęściej pokazywać się na polu, aby św. Bartłomiej480 zastał pokrajaną już ziemię i przyjął w opiekę swoją pierwszy zasiew ozimy — a ja jeszcze ani jednego kroku nie dałem z łóżka.

Rana, którą mi w dzień zajazdu zadał był Murdelio, lubo była ostrym i nieszerokim uczyniona żelazem, w żaden sposób zupełnie się nie dawała zagoić; lekarze aż zachodzili w głowy i nie mogąc dać sobie rady, powiadali, że sztylet musiał być zatruty. Jednakże niebezpieczeństwa nie było: w sierpniu już nawet obiecywali mi oni na pierwsze dni września wyzdrowienie zupełne. Ja też na nich znowu nie nalegałem tak bardzo, słabość ta bowiem przy niewielkich boleściach, a ustawicznym siedzeniu Zosi przy moim łóżku nie tylko nie była mi nadto przykrą, ale owszem, była ona i będzie jedną z najpiękniejszych chwil mego życia. Tym ci przyjemniejsze były one chwile mego w domu dziadkowym leżenia, ile że poczciwe Litwiny, przekonawszy się z łaski swojej podczas zajazdu dowodnie, że nie jestem niegodnym ich przyjaźni i życzliwości, nie zaniedbywali mnie, ile możności, jak najczęściej nawiedzać, a że to u nich umysł także wesoły i do swawoli skory, a dziadek miał dawną pod spichrzem piwnicę, którą teraz dla panów braci na ścieżaj otworzył, więc i nieraz tak było, że w moim domu, i to przy moim łóżku, gwar był jak przy szynkwasie — albo kiedym był dobrej myśli, Węgrzynkowi mojemu, który pomimo ran kilkunastu i ciężkiego pobicia dawno już był wyzdrowiał, za siebie je spełniać kazałem. I nie krzywiła się szlachta na to, bo wiedziała dobrze, że Węgrzynek jest szlachcic, a choćby nim nie był, toż fantazja jego, z którą nad wszystkich pierwszy na zamek Murdeliona uderzył, wartą była szlachectwa.

Zabawom onym, które się w moim odbywały pokoju, dziadek towarzyszył statecznie481 i pił równo z drugimi, a może i lepiej, a kiedy wpadł w dobry humor, to powiadał szlachcie o ich ojcach i dziadach rzeczy takie, że go słuchali jak gdyby wieszcza lub proroka.

Gintowt stary z czerwoną przez twarz pręgą i poniewolnie482 podciętymi wąsami ledwie nie codziennie do nas przyjeżdżał, a przywożąc ze sobą prawie zawsze takich, którzy przy zajeździe nie byli, codziennie tymi samymi słowy opowiadał im szeroko i długo głębokość i dowcip onych przez niego samego wymyślonych i wykonanych planów, których skutkiem było ubieżenie diabelskiego zamczyska i wydobycie ze szponów szatańskich pani stolnikowej dobrodziejki, której rączki całował.

Ale pani stolnikowa nieczęsto pokazywała się u mnie, daleko mniej jeszcze gościom, a będąc ustawicznie smutną i często płaczącą, niemało nanudziła się dziadka, aby z Litwy wyjeżdżać i nie powracać już do Źwiernika, tylko teraz znów na Wołyniu zamieszkać, we wsi onej, którą tam miała. Dziadek protestował się przeciw temu, a nawet, kiedy tego potrzeba była, mawiał do niej surowo i ostro:

— Dajże mnie pokój z tym twoim wyjazdem! Pan Bóg przez dobroć swoją najwyższą prawie cudem mnie wrócił na Litwę i pewnie nie po co innego, tylko po to, ażebym kości moje położył przy ojcach, a ona mnie każe wlec się aż gdzieś na Wołyń!

I w ogóle można powiedzieć, że po powrocie stolnikowej ze zamku, dziadek cale inaczej się z nią obchodził niż przedtem; czemu tak było i co się tam zresztą działo w sercu tej kobiety, gdzie były jej uczucia, gdzie myśli — nikt się nie dowiedział ni teraz, ni potem.

Ja do mojej siostry śród słabości pisałem po kilka razy, a pisałem w ten sposób, że Zosia przez łaskę swoją trzymała pióro, ja zaś jej dyktowałem, a na końcu, jako prawą ręką władać niemogący, kładłem krzyż święty miasto mego podpisu — siostra zaś do mnie tylko jeden list napisała, w którym mi donosiła, że jej mąż jeszcze z Mazurów nie wrócił, bo mu moje sprawy bardzo idą oporem, a nawet kto wie czy tak nie wypadnie, że będzie musiał sam jechać do Wiednia, aby się osobiście rzucić do nóg cesarzowej-królowej i puszczenie w niepamięć mojego obwinienia uprosić.

Ze Źwiernika pisano nam kilka razy, jednakże niewiele wyrozumieć mogliśmy z Zuzinych listów; zdawało się nam nawet, że nie było potrzeby łamania sobie głowy nad jej bazgraniną, bo cóż ona nam mogła donosić? Tego jednego jej tylko zapomnieć nie mogłem, że w żadnym liście ani słowa nie wspominała o mnie, a natomiast w każdym dopytywała się o Lgockiego, czy już jest u nas i czy stateczny jest w swych sentymentach. A tymczasem o Lgockim i słuch zaginął; po wyjeździe swoim z Tarnowa przepadł jak kamień w wodzie i nikt nie wiedział nic o nim ani tam, ani tutaj.