I tak w zupełnej prawie nieświadomości tego, co się tam działo w domach i rodzinach naszych, spędzaliśmy dnie jeden za drugim, przyjmując u siebie życzliwych dla nas Litwinów, słuchając ich gawęd i plotek okolicznych i niewiele myśląc o jutrze.

Aż dopiero jakoś w ostatnich dniach sierpnia, kiedy ja już, zagoiwszy ranę moją zupełnie, tylko osłabiony jeszcze cokolwiek, mogłem przechodzić się po pokoju, a nawet we dnie pogodne przechodziłem się po dziedzińcu — dnia jednego po południu, kiedy wszyscy z całym domem i kilkoma gośćmi zasiedliśmy w ganku i odżuwaliśmy tylko po kilka razy już wymłócone opowiadania i przypomnienia, nowy gość nam zajechał w dziedziniec. Wjeżdżającego dopiero w bramę uznaliśmy jednogłośnie za kogoś obcego i ze stron dalszych przybywającego, bo jeszcze przed bramą przystawał i fornalów jadących w pole o coś rozpytywał, a kiedy przed ganek zajechał, sprawdziło się nasze domniemywanie jasno i dowodnie, bo to był szwagier mój, Michałowski.

Skoczyłem tedy do niego, witając serdecznie, a on mnie aż ze łzami. Prezentowałem go potem dziadkowi, Zosi i gościom, jakoż wszyscy okazali mu cześć należną i życzliwość, jedni dla mnie, drudzy dla niego samego, bo przy wcale jeszcze młodym wieku dziwnie wielka powaga była w tym mężu i taka jakaś umiejętność niewolenia ludzi dla siebie, że niektórych jednym wejrzeniem, innych kilkoma obojętnymi słowy czynił sobie przyjaciółmi na wieki. Jedna tylko stolnikowa, kiedym go zaraz zaprowadził do jej pokoju, nie wiem dlaczego, witała go obojętnie i zimno, a nawet zdawało mi się, że podczas prezentacji taki się wyraz wymalował na jej twarzy, jak gdyby zgoła niechętna była jego przybyciu. Jakoż potwierdziło to się niebawem, bo kiedyśmy u niej usiedli, aby kilka słów z nią wymienić, rzekła ona do niego:

— Wielka przyjaźń musi wiązać waszmość z panem Nieczują, kiedy aż o tyle mil przybyłeś, ażeby go nawidzić483.

Michałowski dał jej zaraz delikatnie do poznania niedorzeczność takiej uwagi, mówiąc z wolna a wyraźnie:

— Jestem rodzonym szwagrem pana Marcina.

Po tej odpowiedzi i kilku innych jeszcze cale obojętnych słowach zrobiło się jeszcze gorzej, bo pani stolnikowa spytała go:

— Waszmość pan jechałeś tu na Warszawę i Grodno?

— Tak jest, pani dobrodziejko — odpowiedział Michałowski, a ona na to:

— A nie słyszałeś pan co na drodze o jmć panu Lgockim, który się tutaj do nas puścił z Mazurów i do dziś dnia go nie masz?