— Ja całkiem nie znam pana Lgockiego — odpowiedział mój szwagier, znacząco spozierając na mnie — i nic o nim nie słyszałem.

A mnie aż się oddech zaparł na takie zapytanie; jawno mi bowiem już było, że nie posiadam łaski u matki Zosinej. Gorzej nawet, bo czyż to dobre i czułe serce być mogło, które nie znało się do wdzięczności za tyle moich poświęceń? I smutno mnie się zrobiło w onej chwili, byłbym płakał z żalu. Jakoż poznał to zaraz Michałowski, co się działo we mnie, i urwał natychmiast rozmowę, a ekskuzując484 się tym, że ma ze mną o wielu ważnych rzeczach do pomówienia, powstał i wyprowadził się ze mną do izby osobnej, na drugą stronę. Tam wszedłszy, rzekł zaraz do mnie:

— Cóż to jest za kobieta? Jak mnie Bóg miły, ja tego nic a nic nie rozumiem.

— Panie bracie — rzekłem ja na to — o tym będziemy rozmawiać później i zapewne szeroko i długo; ale teraz musisz mnie opowiedzieć, co się tam ze mną dzieje w Tarnowie i w Bóbrce, bo już ginę z niecierpliwości. Po twojej minie uważam, że coś nie bardzo dobrze.

— I owszem — rzekł on stanowczo — jak po nieszczęściu, to bardzo dobrze. Proces twój całkiem załatwiony; możesz choćby i dziś wracać do domu.

— Jakże to? Jakim sposobem? Któż głównie pomógł?

— Pan Bóg pomógł, jak zawsze — odpowiedział Michałowski. — Słuchajże, to ci powiem. Przyjechawszy do Tarnowa, zaraz odszukałem Konopkę i Stojowskiego, od nich bowiem chciałem się najpierw dowiedzieć, azali twojej ucieczki z kałauzu nie ma jakich złych skutków, ale prócz tych, którzy tę rzecz podejmowali, nikt nawet właściwie nie wie, co to i jak to było. Dosyć, że co się tyczy tego aktu, władza tarnowska sama nie wie, co ma rozumieć i kogo o to oskarżać, i dlatego nic poczynać nie może.

— Tak to się stało! — zawołałem uradowany. — Niechże Panu Bogu będzie chwała za to na wieki; bo, przyznam się, że mnie to daleko więcej niepokoiło niż obawa o siebie samego. Kiedy człowiek wpadnie w jakie nieszczęście i przyjdzie mu cierpieć czy to z przypadku, czy z własnej przyczyny, to mniejsza o to! Póki sam cierpi, wszystko się jakoś przeniesie; ale chcący czy niechcący wtrącić drugich w nieszczęście i widzieć lub wiedzieć o tym, że gdyby nie ja, to oni byliby spokojni i szczęśliwi, i nienaruszeni, to by było bardzo boleśnie. Chwałaż Bogu jeszcze raz, że się tak stało, ale powiadajże dalej.

— Otóż, uspokoiwszy się z ust Konopki i Stojowskiego o to, co nie tylko ważnym było w sobie, ale stanowczy wpływ wywierać mogło na twoją sprawę, długo rozpatrywałem i ich, i inną szlachtę tamtejszą, która wszystka dobrze ci życzy, jak stoi twój proces i co by w nim z twojej strony uczynić można. Ale to wszystko było daremne, nikt nic nie wiedział, nikt też żadnej rady dać nie umiał. Tedy wypytywaliśmy oficerów tamtejszej załogi, co oni rozumieją o tej rzeczy. Oni zaś powiadali, że po twojej ucieczce już wszystko przepadło, a nawet, że z tego kontenci są twoi sędziowie, bo podobno się pośpieszyli cokolwiek i bez wyższego rozkazu rozpoczęli śledztwo z tobą; jakoż jeszcze przed twoją ucieczką mieli być w kłopocie z przyczyny niepotrzebnej swej gorliwości... Nie zdało mi się to podobnym do prawdy i bądź co bądź postanowiłem sam pójść do prefekta i plackomendanta. Ale tymczasem nawinął mi się ów baron Holmfels, o którym mi powiadałeś, że cię nawidzał w więzieniu, a który, mówiąc nawiasem, co drugi dzień prawie bywa w Strzegocicach i formalnie konkuruje o pannę Zuzannę...

— Jak to? A Konopka?