— Czemuż to? — zapytałem przerażony tą zmianą jego zdania.
— Widzę jawnie, że dostaniesz rekuzę. Mówiłem wiele ze stolnikową i myślałem zrazu, że to jest jakaś dziwna kobieta, ale teraz poznałem dowodnie, że nie masz w niej nic dziwnego. Kobieta to jak wszystkie inne na świecie, tylko upór w niej wielki i nieprzełamany. Ale to właśnie najgorzej dla ciebie.
— Więc cóż? Mówże jasno, co jest?
— Cóż jest, któż to wiedzieć może, kto opowiedzieć dokładnie? Ale że cię nienawidzi, to więcej jak pewna.
— Nienawidzi mnie! — Za cóż to, mój Boże!
— Za co? — rzekł Michałowski. — Za Murdeliona... Nie ma o czym mówić. Ona go jeszcze kocha!
— A mnie nienawidzi! — odpowiedziałem ja w pół do siebie i na tym się nasza rozmowa skończyła.
Skutkiem tej rozmowy było oczywiście to, żeśmy już obadwa z Michałowskim nie tykali tego przedmiotu. Co było dalej czynić, jak się kierować, jakim sposobem pozyskać choćby tylko obojętność pani Strzegockiej, na to już ani Michałowski nie umiał dać rady. Nie wybierał on się wprawdzie do domu, bo mu żal było mnie samego zostawiać; ale też i siedzenie jego odtąd już niewielką rokowało mi pomoc, kiedy już i jego umysł wpadł w pewną niemoc i nie umiał nic nowego wymyślić. I tak siedzieliśmy znowu dalej, pędząc dnie na coraz obojętniejszych gawędkach i dłuższych ziewaniach. Zosia tylko jedna dziwnie zaczęła się mienić, smutniała coraz bardziej widocznie, nieraz długo patrzyła mi w oczy, jak gdyby chciała odgadnąć, co się dzieje w mej duszy, nieraz z łzami błądzącymi w jej oczach umyślnie mojej unikała rozmowy. Ja wiedziałem, co to ma znaczyć: ona nie umiała pojąć, dlaczego ja, kiedy czas i okoliczności po temu, nie kończę już moich tak długo i tak boleśnie się odwłaczających497 zamiarów i myślała może, że już ostygam dla niej, żem się przeniewierzył498 moim tylokrotnym przysięgom, że czekam tylko sposobności, aby zerwać to wszystko i uciec haniebnie; ja to wiedziałem wszystko i wszelkimi sposobami starałem się ją przekonać, żem się w niczym nie zmienił i żem zgoła ten sam jest, którym był od początku, ale wyspowiadać się z wszystkiego, co się działo w mej duszy, nie mogłem mieć i nie miałem odwagi.
Ale podczas gdy rzecz ta tak się dziwnie odwleka, a my, zamiast z czasem zbliżać się do jej końca, przynajmniej wedle rozumienia naszego, ciągle się od niej oddalamy, dziwne zachodzą zdarzenia.
Więc najpierw dnia jednego przychodzi wiadomość, że przed kilkoma dniami całkiem nagle i niespodziewanie pojawił się nieznajomy pan jakiś w Strzegocicach u państwa Strzemeskich, u których pozostawiona była starsza siostra Zosina; że pan ten powiadał się ojcem rodzonym Zuzi, że miał z nią długą w osobnej izbie rozmowę i że zaraz potem wyjechał. Powiadano dalej, że ten pan w kilka dni potem z jakimś Niemcem przyjechał, Niemca tego Zuzi deklarował, że go Zuzia przyjęła, pierścionek z nim zamieniła, a na drugi dzień, że się odbył ślub państwa młodych w źwiernickim kościele.