Wiadomość ta, którą nam przywiózł szlachcic pewien, wiłkomierzanin, powracający od swych krewnych z Mazurów, wielkie zrobiła zamieszanie w dziadkowym dworze. Wszyscy o niej gadali, i ten, i ów, i dziesiąty, ale każdy się inaczej domyślał i po swojemu wykładał. Dziadek powiadał, że to zgoła nieprawda; pani stolnikowa wtórowała dziadkowi, ale z krwią zimną i obojętną. Gintowt i inni szeptali z cicha, że to Murdelio diabła przywiózł ze sobą i z córką go swoją ożenił; ale ja rzecz tę rozumiałem inaczej i lubo nic nie mówiłem, jednak prawdę odgadłem.
Przy zajęciu się wszystkich tą wiadomością nie zapomniano i o tym, iżby się jakoś przecie na pewno dowiedzieć, co tam jest w rzeczy. Ale jak to zwyczajnie w takich razach u szlachty bywało, namyślano się długo i na samym przebieraniu pomiędzy środkami strawiono dni kilka. Ta niezaradność zniecierpliwiła mnie do tego stopnia, żem postanowił na koniec sam do Źwiernika pojechać i przywieźć prawdziwą relację — i zakomunikowałem tę myśl Krzysztofowi. Krzysztof, który po tej wiadomości o wiele jeszcze skwaśniał i stetryczał, pochwalił mi ją i doradził, iżbym to zrobił, kazał mi tylko pogadać pierwej o tym z panią Strzegocką i niby to aż wskutek jej prośby o to tam jechać. Zgodziłem się na to i poszedłem zaraz do jej pokoju. A szedłem z miną dobrą i tak pewny tego, że z wdzięcznością przyjęta zostanie moja ofiara i że choć raz trafię w przekonanie tej nienawistnej mnie damy, że mi się aż serce rozradowało. Wchodząc tedy i zastawszy ją, jak zwyczajnie, haftującą coś w krosnach, mówię zaraz:
— Cóż tedy państwo uradziliście względem posłania kogoś do Źwiernika?
Pani stolnikowa na to popatrzyła się na mnie tak dziwnym wzrokiem, jak gdyby mnie strofować chciała za moją śmiałość i odrzekła:
— Niceśmy nie uradzili, bo nic nie potrzeba.
— Jak to nic nie potrzeba? — odpowiedziałem z równym zdziwieniem. — Ja bym sądził, że tej rzeczy tak pozostawić nie można.
— Ale to wszystko nieprawda — rzekła pani Strzegocka — wszakżeż już tyle lat, jak ojciec Zuzin umarł; czyż to z grobów powstają umarli? Doprawdy, że nie wiem, co wam wszystkim jest, że wierzycie tym baśniom.
— My nie wierzymy temu — rzekłem na to — żeby pan stolnik nieboszczyk sam istotnie się jawił w Strzegocicach; ale mógł się tam zjawić awanturnik jaki, których teraz niemało, i ten mógł czy to dla zysku, czy w innych celach jakich podobnego oszustwa się dopuścić.
— Ale gdzież tam! Ręczę, że nie ma nic na tym.
— Ja bym przecież sądził, że należałoby się przekonać o tym, bo to w każdej plotce bywa zwyczajnie pół prawdy. — A ona na to: