— Ot! Co ci tam na tym zależy, że ślubu jeszcze nie ma? Ja, tak mi Boże dopomóż, myślałem, że to żart był, kiedyśmy sobie wzajemnie słowo dawali i drużbowanie przyrzekali. Pan Lubieniecki zaś utrzymywał, że zna sanocką szlachtę i chybaby nie Sanoczanin to był, który by choć żartem danego parolu nie dotrzymał. Więc założyliśmy się; że inaczej nie można było zakładu rozstrzygnąć, więc aż musiałem pisać. Pisałem zaś umyślnie tak krótko, ażeby, kiedy Bóg da, ciebie w wątpliwość wprowadzić. Owoż rzecz. Zaś z ożenieniem jest tak: jestem po słowie z panną Strzegocką, stolnikówną rzeczycką ze Źwiernika, ale ze ślubem jeszcze zwlekają.

— Czemuż to, panie bracie?

— Właściwie ważnej przyczyny temu nie masz żadnej, ale radzi Murdelio, więc go tam słuchają.

— Jaki Murdelio? — zawołałem.

— Cóż ci powiem, Murdelio, mnich, kwestarz.

— Franciszkan z Krosna?

— Tak.

— Cóż on tam ma do dysponowania? Krewny to jaki tego domu?

— Nie, krewny nie jest — odpowiedział Konopka — ale jakiś mąż świątobliwy czy tak bardzo rozumny, że jego rady tam słuchają bez kwestii. Albo cóż ciebie to tak zadziwia?

— Nic — rzekłem — poznałem go niedawno i dlatego się pytam.