— No, no! — odpowie on. — Nie taki ja bardzo mały, jak ci się zdaje — i zaraz szablę wziął z kąta i szliśmy. A że u niego izby małe, więceśmy poszli przed ganek, a mróz był, że aż gonty trzeszczały na dachu. Idąc, Konopka zaraz sobie Stojowskiego wziął na sekundanta; ja przechodząc, rzuciłem okiem w kupę Mazurów, ale że żaden z nich sam mi się nie ofiarował, co się przecie należało, kiedy wiedzieli, że ja nie mam nikogo znajomego, więc ja sam stanąłem po prawej stronie przed gankiem, oni po lewej. Więc oni:
— A gdzież sekundant? — Ja też na to do mojego Węgrzynka:
— Janczi! Weź pałasz i stawaj za mną. — A oni znowu:
— Pfe, sługa! — Więc ja głośno:
— Mości Janczi Mighaza de Isztvanferet, proszę waszmości na sekundanta!
Węgrzynek zaraz stanął, a oni się wypatrzyli rozumiejąc, że ja jakiego ukrytego magnata węgierskiego ze sobą wożę, co się tak długo nazywa. Tymczasem on w rzeczy szlachcic był, węgierski boczkorosz, niby nasz chodaczkowy, zwał się Mighaza, a był rodem z Isztvanferet, wsi, która leży gdzieś w pustkach debreczyńskich, a dostałem go był od grafa Syrmaja, kiedym tam konie woził na przedaż. Ale źle się spisał Mighaza, bo tylko cośmy stanęli, on widząc, że kamerdyner Konopki, zapatrzywszy się na niego, także z gołą szablą stanął za swoim panem, wraz przyskoczył do niego i tegoż kamerdynera tak pięścią w gębę zajechał, że aż nieborak w śnieg się wywrócił. Dopieroż taki śmiech opanował wszystkich, żeśmy się aż brali za boki. Konopka jeszcze zaczął dogadywać do tego, tak że ja, trzymając goły pałasz w ręku, co chcę minę wroga zrobić, to ani rusz; zawsze mnie śmiech bierze: to z Konopki, który niestworzone rzeczy do tego plecie, to z kamerdynera, który się przy studni otrzepuje ze śniegu, a gębę już ma jak pudło, to na koniec z Węgrzynka, który, uczyniwszy swoją heroiczność, stał jak słup przy ostrogach i ani się ruszył. Co widząc, Stojowski pięknym głosem rzecze do mnie:
— Ot! Dajcie pokój tej bitwie, już jakoś sam Pan Bóg jej nie chce. Daję słowo honoru, że ci tu nikt nie krzyw, panie Nieczujo!
A w ganku ów blondynek, znów uderzywszy się dłoniami w kolana:
— Cha, cha, cha! Niecuja!
Alem już miał zastanowienie... Więc podałem rękę Konopce i kilku co przedniejszym z kolei — i nie mogę powiedzieć, jak tylko to, że dobrzy są ludzie i polubili mnie zaraz. Jeno mi ten blondynek ze swoim „Niecują” nie mógł wyjść z głowy, bo mi się wyraźnie wydawał jak jaki szatan, który wlazł w kadłub Mazura, aby mnie swoim piekielnym śmiechem prześladował. Konopka zaś, rozgadawszy się ze mną na stronie, tak mnie mówił: