— Daj no pokój, u każdego kija dwa końce, kto wie, kto kogo naznaczy? A potem, na co tego, on się teraz kocha, jakżeż pójdzie z kresą do panny?

— Jak to kocha? Przecie już ślub.

— Oj, nie jeszcze.

— Nie? A po cóż ja przyjechał?

— Bo się Konopka z panem Lubienieckim założył, że waszmość nie przyjedziesz na drużbę i że Sanoczanie słowa nie dotrzymują.

— Konopka to powiedział! Gdzie on jest, ten jovialis, ja go zaraz nauczę!

I wyrwawszy się z rąk Stojowskiemu, pobiegłem zaraz szukać tego jovialisa. Goście już byli poszli do izb, bo mróz był trzaskający, i tam się jeszcze zachodzili od śmiechu. Wyszukałem go zaraz i mówię tuż:

— Mospanie Konopka! Sprowadziłeś mnie tutaj na zakłady jakieś, jakby jaką rzecz, a nie szlachcica i brata; wystawiłeś mnie na wstyd i śmiech; wiedzże tedy, że ja takich żartów płazem nie puszczam. — Na to on łagodnie:

— Ale bo widzisz... to była niewinna rzecz... ja stawałem w twojej obronie... to jakoś nie wypada...

— Aha! — rzeknę. — Małyś teraz? A jakiś wielki był, kiedy się śmiano ze mnie. Stawaj zaraz do sprawy, to już daremna rzecz.