— Niecuja, Niecuja! Cha, cha, cha, Niecuja!

— Co to jest! — krzyknę i znów się porwę do szabli, kiedy oni wraz podniosą ręce i krzykną: „No, no! powoli!”. — Dopiero mi się przypomniały owe kitajki i suche razy, o których mi w lecie powiadał był pan Urbański i trochę dreszcz109 mnie przeszła po skórze: ale kiedy się oglądnę i ujrzę, że za mną mój Węgrzynek stoi już z gołą szablą, więc ja znowu do mojej i pomyślawszy sobie: dziej się wola boża! — chciałem uderzyć i siekać. Ale w tymże okamgnieniu wysunął się Stojowski ze sieni (jeden z dwóch braci starościców, którzy na Grudnej siedzieli, a potem się na Dąbrowę, od książąt Lubomirskich nabytą, przenieśli) chłop duży, o wielkich sumiastych wąsach i minę pana mający — bo już to i mina, i wąsy to rodowe Stojowskich — i wziąwszy mnie z krwią zimną pod ramię, rzecze na stronie:

— Panie Nieczujo! Na bezbronnych nikt zbrojnie nie bije. Nie z waszmości się śmiano, aleś swoim niewczesnym junactwem śmiech ściągnął na siebie. Uspokój się, to ustanie.

— Ba, dobrze! Ustanie; ale co się naśmiano, to ja tego darować nie mogę.

— Jak sobie zechcesz; tutaj też nikt o darowiznę nie prosi, bo to nie od łokcia ani od miarki kompania, tylko szlachta karmazynowa. Uspokój się, a z szablą się nie sroż, boby tu ani kawałka z ciebie nie pozostało.

— To niechaj nie zostanie! — krzyknąłem, bom już był w złości. — Kiedy honor zostanie, to wszystko zostanie. U mnie ręka ani noga nie znaczy nic, tam gdzie idzie o duszę.

— No, to bardzo pięknie — znowu zimno odpowiedział Stojowski — tylko uspokój się.

— Konopce pierwszemu nie podaruję, bo jako gospodarz powinien był bronić swojego gościa.

— Daj mu pokój; to jest jovialis110.

— A żeby on był i diabeł sam, kiedy uczciwe imię ma, to niechaj o honor dba, a kiedy nie dba, to ja mu go tak naznaczę, że go już nigdy nie zapomni.