— Aj! Niech ci Bóg sekunduje, jakiś słowny!
Już mnie to trochę ubodło i ów śmiech, i to przywitanie, a że mi mój ojciec nieboszczyk jeszcze na godzinę przed śmiercią powtarzał: „Nie dawaj zadrwić ze siebie nikomu, bo jak raz zadrwią, to już drwić będą przez całe życie” — więc ja zaraz na progu:
— Co ten śmiech znaczy? — A oni znów w śmiech.
Skonfundowało mnie to trochę, alem się zaraz połapał i zawołałem:
— Mości Konopka! Opatrz no mnie, jakeś jest mój przyjaciel, czy ja nie mam na sobie czego śmiesznego.
Oni jeszcze raz w śmiech — a Konopka na pół śmiejąc się, a na pół smutno znów do mnie:
— Aj! Niech go diabli!... Jaki słowny.
A działo się to na pół w sieni, a na pół na dziedzińcu; więc kiedy mnie już złość na to porwała, sięgnę ręką do szabli i krzyknę:
— Co to jest! Jakem Nieczuja, ja ze siebie drwić nie dam!
A tu jeszcze większy śmiech, że aż się zachodzą; a pod ścianą po prawej stronie najwyraźniej widziałem, jak jeden młody pucułowaty blondynek, jakem się później dowiedział, nazwiskiem Lgocki, skacze jak opętany i ciągle woła: