Na drugi dzień rano, tylko trochę szarzeć poczęło, budzi mnie zaraz Węgrzynek i mówi:
— Niech pan wstaje, konie już napasione i wszystko do drogi gotowe; tylko tłumok wypakować i jedźmy, bo tu lud jakoś bitny; nieciężko znowu przyjść gdzie do jakiej bitwy, a w dwóch to niekoniecznieśmy106 mocni.
— Prawda, że tu lud bitny odpowiedziałem — ale trudnoż tak jechać, nie oddawszy Panu Bogu należnej czci, kiedy się jest przy kościele.
— Ba! Ale bo nas poznają.
— Wielka rzecz! To się przecie tak brać nie damy, jak owce.
— Dobrze, panie.
Więc zebrawszy się i kazawszy mu tymczasem rzeczy popakować, sam poszedłem na mszę św. do franciszkańskiego kościoła. Dopiero po wysłuchaniu mszy św., powróciwszy do mojej gospody i zastawszy już wszystko gotowe, ruszyłem do Koszyc.
Niedaleka to droga, więc też niebawem na boku od gościńca pokazał mi się dwór koszycki. Około stajen i wozowni stało mnóstwo wozików, karabonów107 i kałamaszek, bo chociaż to było w samym środku zimy, jednak sannej108 drogi jeszcze nie było — jakoż i wielu ludzi stało przed oficyną. Na turkot mego skarbniczka wybiegło wiele szlachty przed ganek, a na ich czele Konopka.
— Witaj, bracie! — rzekłem wyskakując ze skarbniczka. — A co, czy w czas przyjechałem?
Głośny śmiech rozległ się między gośćmi, a Konopka do mnie: