— To jest syn owego patrona, który już lat parę służy u cesarskich, a którego wszędy ojciec bierze ze sobą, gdzie darmo pić dają.

— Bardzo pięknie mówisz, moja mościa pani, musiałaś się gdzieś chować w przystojnym domu.

— Ja jestem rodem z Radomyśla, mieszczańskie dziecko, ale służyłam kilka lat w domu pani Strzegockiej w Źwierniku, a to dom wielki i pański...

— Tamże to, gdzie konkuruje pan Konopka?

— Tam, panie. Ho ho! Wiem ci ja o wszystkim, wiem.

— No, to bardzo ładnie, ale przecie ja bym chciał gdzieś kąta jakiego do spania... Ot! Wiesz asani co, kiedyś taka sprytna, szepnij no temu patronowi do ucha, że ja bym mu zapłacił garniec dobrego miodu, jeżeliby się ze swymi klientami przeniósł do waszej izby.

— Przecie jegomość mógłby i w naszym alkierzu nocować.

— Zapewnie103, że mógłbym, ale ja wolę już tam.

— Jak wielmożny pan rozkaże.

I poszła sprytna karczmareczka, a niegdy służąca pani stolnikowej Strzegockiej, do swoich gości i wnet ich przeniosła do siebie. Tym sposobem dostałem kwaterę, w której też zaraz rozgościłem się jak u siebie. Ale ledwie co pacierze odmówiwszy, począłem trochę usypiać, słyszę jakiś hałas na drugiej stronie. Pomacałem koło siebie, ażali104 szabla stoi przy łóżku i czy ręką pistoletów dosięgnę leżących na stole, i znowu się położyłem. Aliści105 hałas znowu się odzywa, ba! słychać nawet turkot i trzask jakiś wyraźny. Zerwałem się z łóżka i wciągam prędko buty na siebie, kiedy w tym momencie słyszę szturm do drzwi moich. Biegnę z pałaszem dobytym w lewej, a z pistoletem w prawej ku drzwiom, aż tu i głos pode drzwiami kobiecy: „Na miłość Boga żywego, puść mnie pan!”. — Otwieram: zaraz tedy wpadła karczmarka do mojej izby, zadyszana i drżąca ze strachu. Już więc nie pytam, co to jest, bo sam widzę wyraźnie, jak w owej izbie naprzeciwko jacyś ludzie tłumią się między sobą, a to tak, że się aż po podłodze walają, a mój Węgrzynek wali to wszystko z góry stołkiem, a patron leje wodę na nich, właśnie jakby na psy, kiedy się pożrą pomiędzy sobą. Przybiegłem więc aż do tamtych drzwi, aby się przypatrzyć, ale trudno było dobrze rozróżnić, bo pełno było dymu w izbie, a łojówka się słabo paliła; poznałem tylko zaraz owych dwóch szlachty i owego żołnierza w mundurze, jakoż jeszcze kilku, to w ciemnych kapotach, to w białych mundurach, przy których się guziki świeciły. Więc aby także coś zrobić ze swojej strony, wymierzyłem z pistoletu w jakiś guzik świecący i wypaliłem, a potem Węgrzynkowi przyszedłszy na sukurs, poczęliśmy prędko i jednych, i drugich na dwór wyrzucać, to oknem, to drzwiami, jak się zdarzyło; wszędzie zaś, gdzie się guzik zaświecił, jeszcze pięścią po łbie albo w kark doprawiając. Przymieszał się do nas niebawem i sam gospodarz, który z szczerej niechęci ku wszelkiej bitwie już był gdzieś leżał pod żłobem, i takeśmy prędko plac oczyścili, że mój Węgrzynek, rozmachawszy się, kiedy już nieprzyjaciół zabrakło, nawet i samego gospodarza oknem na dwór wyrzucił. Po czym chciał bramę zamykać i spokojnie się do snu układać, ale ja rzekłem: „Nie ma tu podobno co długo popasać” — i rozkazałem w ten moment zaprzęgać, a jako tako rzeczy spakowawszy i do skarbniczka wrzuciwszy, zaraz drugą bramą wyjechałem z gospody. Dopiero objechawszy miasto na drugi koniec i wynalazłszy gdzieś przy lwowskim trakcie jakąś karczminę, tam się w chudobnej izdebce rozlokowałem. Jednak długo usnąć nie mogłem.