A dwór ten był piękny, murowany i niby pałac wyglądał. Środek jego był okrągły niby nawa jakiego kościoła, przed którym stał ganek wielki kamienny, z wielkimi szklanymi po bokach ścianami, których górne szyby były z szkieł różnobarwnych złożone; po obudwu126 stronach tej nawy środkowej rozciągały się dwa pawilony, tak duże, jakby dwa dworki odrębne, nad nią podnosiło się piętro wysokim dachem okryte, z którego środka wychodziła niewielka wieżyczka, ozdobiona z blachy wyciętym i za wiatrem obracającym się herbem familii. Nad obudwoma127 pawilonami wznosiły się zamiast piętra tylko murowane facjaty, z framugami we środku, w których każdej był zamieszczony jakiś święty czy rycerz z kamienia wykuty. Zabudowania gospodarskie, stojące po prawej stronie, wszystkie były z kamienia lub cegły, takaż oficyna wyciągnięta po lewej; pomiędzy tym wszystkim zaś dziedziniec gładki z klombem krzewów i kwiatów na środku, na teraz umarzniętych, ale zapewnie128 cudnie pięknych w czasie wiosny i lata. Czwartą zaś ścianę tego kwadratu formowały pięknie malowane sztachety z bramą murowaną we środku, a w jednej z jej kolumn znajdowała się budka dla odźwiernego, dzisiaj jednak już próżno stojąca. Naokoło zaś tego wszystkiego widać było ogród częstokołem obwiedziony, ozdobiony altankami, parasolami, kamiennymi figurami i Bóg wie nie czym jeszcze: zgoła wszystko więcej po pańsku niż po szlachecku. Więc to obaczywszy, trochę mnie dreszcz przeszła, żeby tu co głupiego nie zrobić, ale myślę sobie: „Ej! Jakoś to Pan Bóg da! Fortes fortuna juvat129, a jeżeli się co trochę nie uda albo zakołkuje w dyskursie, to już to musi pójść na konto powinowactwa. I wylazłszy z woziku, walę prosto do sieni; jednak to mnie jakoś zdziwiło, że na moje przybycie ani jedna twarz nie wyjrzała, ani pies nawet nie szczeknął. Albo nie masz nikogo w domu? Albo już tu taka pałacowa powaga? Ale, bądź co bądź, delię oddałem Węgrzynkowi w sieni, wąs pomuskałem, pogładziłem czuprynę, pasa poprawiłem i w tył zarzuciwszy wyloty, wchodzę w pierwsze drzwi po prawej. I trafiłem dobrze, bo do antykamery130, w której było cichutko jak mak siał, jeno stary jakiś sługa, siwiuteńki jak gołąb, siedział pod piecem i przez zakopcone okulary czytał tak starą, jak on, książkę nabożną.
— Niech będzie pochwalony.
— Na wieki wieków! — odpowiedział zerwawszy się rączo.
— Jest pani stolnikowa?
— Jest, jw. panie.
— Którędyż iść?
Dopiero mi się z bliska przypatrzył i pyta:
— Jakże honor jw. pana?
— Mój honor? — rzeknę. — Jestem Marcin Nieczuja Ślaski, skarbnikowicz zakroczymski, szlachcic ziemi sanockiej.
— Pójdę meldować — rzekł, a gdy odchodził, słyszałem najwyraźniej, jak sobie mruczał pod nosem: