— Dwa grzyby w barszcz, mospanie Nieczujo — ozwie się z wolna staruszek — cóż poczniesz wtedy, kiedy się z sobą pobiją?
— W moim państwie, panie cześniku dobrodzieju, bić się nie wolno, każdy musi czynić to, co mu każę.
— Jakże pan skarbnikowicz tegoroczny zapust spędza? Wszakże to już niedaleko Popielec? — zapytała panna Zuzanna, odejmując od ust filiżankę.
— Wcale niewesoło, moja mościa panno — odpowiedziałem — a prawdę mówiąc, jeszcze ani nogą nie ruszyłem w tym roku.
— Czy w Sanockiem nie tańcują? — zapytała znów ona z przekąsem.
— I owszem, może nawet więcej niż na Mazurach, co się tym dowodzi, że Sanoczanie, ile że na owsie chowani, o wiele lżejsi są od Mazurów i łatwiej ich kapela poruszy; ja jednak, opleśniawszy, że tak rzekę, po smutnej śmierci śp. mojego ojca, prawie nie byłem w stanie się z domu wyruszyć i gdyby nie pan Konopka...
— O! Już to pan Konopka ma wielki geniusz rozweselania...
— Osobliwie ciebie — rzeknie na to dziadunio, popatrzywszy na Zuzię — bo kiedy tylko jest tu w Źwierniku, to się zawsze tak chichoczecie, że ja przy was i oka zamrużyć nie mogę.
Ja tymczasem spojrzałem na Zosię, która sucharek do ust przytuliwszy i białymi jak perły ząbkami go przycisnąwszy, ani go gryzła, ani od ust odejmowała, a zamyśliwszy się nie wiem o czym, swoje błękitne oczy tak wpatrzyła we mnie, że mnie aż za serce ścisnęło.
— Czemu to Zosia zawsze cicha i spokojna? — rzeknie znów dziadek.