— Bo Zosia tak lubi — odpowie starsza siostra — ja zaś przenoszę wesołość nad smutek, bo to niezdrowo.

— Prawdę masz! — rzeknie dziadek żwawo. — Na co się to frasować za młodu i w stanie panieńskim? Dość czasu będzie na to w rok po weselu, kiedy...

Ale pani stolnikowa przerwała, mówiąc:

— Teraz pan skarbnikowicz zechce się przysunąć do dziadunia.

— Gotóweś z kawą, panie... jakże ci na imię? — zapytał dziadek.

— Jestem na usługi pana dobrodzieja — rzekłem i przysunąłem krzesło moje do dziadka, który chciał mi nalać lampkę, ale wziąwszy butelkę w rękę, przechylił ją, bryzgnął raz z prawej, raz z lewej, to znowu pod samą szklankę, a na koniec rzekłszy:

— Tak się starym dzieje, mosanie145 — i nic mi nie nalawszy, trzęsącą się ręką butelkę postawił na stole. Więc zacisnąwszy usta, iżbym się nie roześmiał, samem wziął butelkę i napełniłem lampkę, dziadek zaś tymczasem, porwawszy rękaw od kontusika Zosi, utarł nos w niego i najspokojniej go za swój pas zatknął, czego zamyślona Zosia cale nie uważała. Dopiero kiedy około Zuzinego ubioru chcąc coś poprawić, ruszyła się na swym krześle, jakżeż się oboje z dziadkiem nie zadziwili, kiedy ona ujrzała, że jej rękaw był za dziadkowym pasem, a dziadek, że mu chustka sama wyskoczyła zza pasa. Śmiech z tego zdarzenia, któremu panna Zuzanna głośnym dyszkantem prym dawała, trwał parę minut, po czym dziadek:

— Śmiejcież się ze mnie — rzecze — że mam lat dziewięćdziesiąt; czemuż to mi się nikt nie śmiał w oczy, kiedym miał czterdzieści albo pięćdziesiąt? Hej! Toż byłbym mu gębę tak rozpłatał, że już byłby się i na pogrzebie własnego ojca śmiać musiał, nie mając zębów czym pokryć... tak jak to zrobiłem jednemu Litwinowi, który ze mną służył w jednej chorągwi.

I wypróżnił staruszek lampkę swoją, którą ja z nowej napełniłem butelki.

— Kto się dziś patrzy na mnie, przygarbionego dwoma mendlami lat, jak tu mówią Mazury — ciągnął dalej dziadek, wyciągając się i prostując — i na moją łysą głowę, i na ten włos rzadki, z którym by i wróble igrać dziś mogły bezpiecznie jak z martwą strzechą... kto by mnie wziął za rękę, w której już nic prócz żył i kości, i dotknął się twarzy mojej babkowatej jak grzybek... czy wierzyłby ten, że ta ręka niegdy wór pszenicy brała jak jabłko za szypułkę, że ta głowa całej chorągwi rozkazywała na wojnach, że posłowała z oszmiańskiego powiatu na sejmach, że króla Leszczyńskiego odprowadzała het, het! za morza, kiedy Sasowie przemogli... — i pociągnął znów szklankę miodu. — Nikt by nie wierzył, mosanie — mówił dziadek dalej, a głos jego za każdą szklanką miodu stawał się coraz silniejszym i wymowniejszym — nikt by mnie nie wierzył i ja się temu nie dziwię, bo i ja nie wszystkiemu dowierzałem, co mnie powiadano za młodu... a tymczasem, jak mnie tu widzisz przed sobą, tak ja na własne oczy króla Jana widziałem. Byłem dzieckiem natenczas, ale tak to pamiętam, jakby się wczoraj działo dopiero — i ja, mosanie, wraz z bracią szlachtą wojowałem przeciwko Augustowi II, któregośmy niechętnie królem obrali.