— Co też dziadunio gada? — odezwała się na to panna Zuzanna. — Gdzież może być, żeby dziadunio usługiwał księżom.

— He! — krzyknął pan cześnik i pociągnął teraz z mojej szklanki nektaru, nie tak dla odmiany, ile przez roztargnienie; pani stolnikowa zaś, która przez cały ten czas z wielką troskliwością i upodobaniem patrzyła na swego ojca, odezwała się do córki:

— Nie przerywaj dziadkowi. — A dziadek ciągnął dalej:

— Otóż, mosanie, przyszedłszy do rozumu, wymądrowałem sobie powoli, że głupstwo jest buty chędożyć księżom, mając wieś dobrą i dwór porządny, i uciekłszy ze szkół, prosto puściłem się ku Oszmianie. Jam wtedy prawdziwym był szlachcicem oszmiańskim, ba! nawet jeszcze lepszym, jak powiada przypowieść, bo nie jedna, ale obydwie nogi były u mnie bez butów, wżdy mi nie poodpadały dlatego. I owszem, zaledwie trzy mile uszedłem od Krakowa i wstąpiwszy do jakiegoś dworku, opowiedziałem się, ktom jest i za czym idę, zaraz mnie obuto i przetrzymano dni kilka. W drugim dworku darowano mnie hajdawery i trzymano przez tydzień, bom już był frant miejski, wyszlifowany, pokorny, a umiejący śpiewać kantyczki i pieśni nabożne, a kiedy kto chciał tego, to i światowe, bo i to umieją kalafaktory155 i księży służkowie. W trzecim obleczono na mnie bieliznę i znowu trzymano, bo organista był umarł, a pani była nabożna i codziennie mszy świętej pragnąca, a jam umiał grać na organach; dalej darowano mi żupan i kazano dzieciom łątki156 strugać, bo i to potrafiłem; gdzie indziej przyodziano mnie w kontusz i nie puszczono już dalej, bo zima nadeszła. Dosyć, że tak dwa lata blisko szedłem z Krakowa do Oszmiany; przecie na koniec przyszedłem. Otóż jednego dnia nad wieczorem pokazała mi się wieś ojcowska pod lasem. Poznałem ją, bo tam był dworek drewniany jak śnieg bieluteńki, przed nim równie biały ganeczek o czterech słupach, na którego czele była przybita Matka Boska Ostrobramska, która miała łzy w oczach, a uśmiech na licu, i z tym uśmiechem patrzyła na zielony przed gankiem wyciągnięty dziedziniec, na którym we środku trzy lipy stały z darniowymi ławkami i kamiennym stolikiem pomiędzy sobą. Na dziedzińcu igrały dworskie dzieci ziarnem, którego dosyć tam było, a gołębie, siedząc trzema wieńcami na lipach, zlatywały do dzieci i pokarmiwszy się z rąk ich pszenicą, nazad podlatywały, siadając każdy na swoje miejsce, aby się wieniec który nie rozerwał. Bzy kwitły natenczas i głogi się rozwijały, przechylając się kwieciem swoim przez płoty, którymi był ogrodzony dziedziniec; trzódki wracały z pola i dzwoniły z daleka, fletnia się odzywała zza lasu, powietrze, pełne woni cudownej, rozścielało się dokoła, a słońce, chowając się za góry, ostatnie promienie swoje posyłało na lipy, na dwór i dziedziniec. O! Poznałem tę wioskę, bo tak właśnie było, kiedy mnie wysyłano na Akademię dla wyuczenia się żebraniny i chędożenia butów z wysoką cholewą... Śpisz, Nieczujo?

— Boże uchowaj, Mości dobrodzieju! — odpowiedziałem. — I owszem, słucham z wielką atencją.

— No! Nalejże mi miodu, bo inaczej nie skończę i nie będziesz wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska; a nie śpij, bo przecie od tego herb wasz idzie, że jeden przodek twój pierwszy posłyszał zbliżanie się nieprzyjaciół w nocy i pobudziwszy wszystkich, wziął nad nimi komendę; wtedy sprawiwszy chorągwie, tak mężnie czynił, że nieprzyjaciela pogromił na łeb, a co przy życiu zostało, to wziął w niewolę. Działo się to za króla Bolesława Krzywoustego, który im za to ziemi dał moc, na której założyli wieś Nieczułki i pisali się comites157, i wielkie urzędy dzierżyli, i wojskom hetmanili ze sławą, ale teraz na psy zeszli, jak wszyscy Czuje i Nieczuje. O! Wiem, wszystko wiem... a kiedy jeszcze jedną flaszkę wypiję, to ci będę takie rzeczy gadał, o jakich ani ty, ani twój ojciec, ani żaden dziad twój nie słyszał; a czy mnie będziesz słuchał czy nie, to mi jedno, bo i o tym wiedz, że ja nie dla ciebie gadam, jeno dla siebie. Czemuż mi nie nalewasz? He!

— Trudnoż lać, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — kiedy...

Ale wtem sługa przyniósł parę nowych butelek, a podczas kiedy ja, nalewając, starałem się obawę moją o dziadka dać do poznania, pani stolnikowa rzekła do mnie półgłosem:

— Niech się pan skarbnikowicz nie obawia o mojego ojca; stary już bardzo i mocny trunek go rozgrzewa i rozwesela.

Potem znowu się cisza zrobiła; pani stolnikowa po staremu z wielkim upodobaniem i z miłym uśmiechem na twarzy wpatrzyła się w dziadka, Zuzia kręciła się na krześle i przygryzając wargi, ciągle coś poprawiała około stroju — Zosia, z kwiatkiem przy ustach, oczy swoje błękitne puściła gdzieś za myślą swoją w jakiś kraj nieznajomy i pewnie tak piękny, jak ona, ja zaś przysunąłem się do dziadka, który rzecz swoją tak dalej prowadził: