— Otóż, przyszedłszy do bramy, najpierw psy mnie macoszyne opadły; jeden szarpnął za hajdawery i wydarł z nich szmat sukna, drugi połę rozpłatał u kontusza, trzeci za pas mnie chwycił u przodu, ale ten przecie psich zębów nie przyjął, bo był gęsty i srebro miał w sobie; jednak na tym nie przestała ta nadworna pani chorążyny milicja; rzucali się na mnie coraz z większym impetem i byliby pewnie powalili o ziemię, bo nikt nie wyszedł z poddasza, gdyby nie brytan stary ojcowski, który, wylazłszy z budy i powolnym krokiem wlokąc się ku bramie, przyszedł nareszcie do mnie i zaczął się łasić około nóg moich... Milicja ucichła, a podczas gdy ludzie może się z okien patrzyli na owe hece, pies się zlitował nade mną i obronił! W ganku zdybałem jakiegoś jegomościa, który mnie spytał, ktom za jeden i czego chcę? — „Piotrowicz jestem! — krzyknę — tej wsi sukcesor!” — Zbladł jegomość i poszedł do izby, mnie prosząc o cierpliwość, bo pani chora. Za niedługą chwilę jednak wyszedł i rzekł wielkim głosem: „Cha, cha, cha! Piotrowicz! A wżdy umarł Piotrowicz, pani chorążynej pasierb, na Akademii w Krakowie!” — „Nie umarł — rzekłem — ano żyw jest i stoi przed waszmością; proszę mnie wpuścić do pani”. — „Nie może być — odpowie on, który był gach oczywisty, intruz i diabeł sam — a pani chora jest i miałaby z tego zgryzotę”. — „A któżeś ty jest? — zawołałem na niego — a jakaż jest twoja sprawa w tym domu?” — „A tobież co do tego? — krzyknie on do mnie — włóczykiju, samozwańcze, gałganie!” — Wtedy ja, mosanie, plunąwszy w garść, w łeb go raz i drugi, i trzeci, a kiedy padł, nuż go kolanami macać tędy owędy i pięścią biję, gdzie trafię. A śród tej roboty coś mnie chwyciło za kark, coś drugiego sypnęło mi parę razów w łeb, a nareszcie, powaliwszy mnie i dosadzając po drodze, wynieśli i wyrzucili za bramę... Zebrawszy się z ziemi, spojrzałem na dwór; cisza znów była jak gdyby nigdy nic, gołębie poleciały do swego gołębnika, dzieci poszły do piekarni, psy się pochowały do budy... tylko ja, pan tej wsi, ja nie miałem tam żadnego kąta na spoczynek i sen. Stałem tak jeszcze chwilę, patrzyłem, żali co się nie ruszy, żali kto nie wyjdzie, żali choć jedno serce się nie zlituje nade mną... nie! Tylko ów pies stary znów wyszedł do mnie, zaczął się łasić, chodzić koło nóg moich, parę razy głowę chciał podnieść i popatrzeć mi w oczy, ale już nie mógł, bo mu zżeleźniał kark... więc tylko się otarł pyskiem o nogi moje, położył się na ziemi, westchnął kilka razy, jeszcze raz się wyciągnął i zdechł!... Śpisz, Nieczujo?
— Uchowaj Boże, mości dobrodzieju! — odpowiedziałem. — Owszem, słucham z wielką atencją.
— No, nalejże mi miodu, bo inaczej nie skończę i nie będziesz wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska.
Nalawszy obydwie lampki i wypróżniwszy każdy swoją, dziadek tak dalej prowadził rzecz:
— Na czymże ja stanąłem?
— Na psie, mości dobrodzieju.
— Aha, na psie. Otóż, kiedy ten pies przy moich nogach zdechł i z nim zniknęła ostatnia dla mnie pozostałość po ojcu, ostatnie stworzenie, które dla mnie miało jeszcze kęs serca, rzekłem sobie: nie masz tu już co robić, panie Wicie; chodźmy precz. — I śród zapadającego zmroku szedłem wprost drożyną na zachód. Niebo się zaczerwieniło jeszcze i coraz ciemniało na jego kresie; zrazu snadno158 rozróżniałem wierzchołki drzew, potem coraz mniej i mniej, coraz ciemniej na niebie, coraz straszniej na ziemi, aż zrobiło się tak ciemno, jak w garnku. Firmament się obciągnął gęstymi chmurami, ostrość jakaś rozlała się po powietrzu, nareszcie błysnęło raz, drugi i dziesiąty, po czym straszne grzmoty zaczęły huczeć, jak gdyby jakie olbrzymie bryki biegały pędem po kamienistym sklepieniu. Straszno było... ale mnie nie; ja odmawiałem sobie wieczorne pacierze i przy świetle błyskawic postępowałem drogą do góry, rączo, żeby tylko jak najdalej nocować od tego domu, w którym nie było ani jednej łzy dla sieroty. Na koniec przyszedłem pod las; zmęczony byłem, guzy mnie poczęły dokuczać, wiatr jął przewiewać przez dziury kontusza, więc wypatrzywszy przy błyskawicy trochę gęstwiny, wlazłem pod nią i ległem. Skończywszy modlitwy i ucałowawszy skaplerz święty, pozostały mnie po ojcu moim i przeze mnie ciągle na piersiach noszony, chciałem usnąć, ale błyskawice i myśli moje nie dały mnie zawrzeć powieki. Więc myślałem. Myślałem, co począć teraz? Mógłbym się procesować, moja pani macocho, i wygrałbym pewnie. Nie mam ja grosza przy duszy, nie mam przyjaciół ani znajomych... ostatni, który mnie znał, był pies staruszek, a i ten zdechł przed godziną... ale ja mam metrykę w zanadrzu! Ja mam twarz moją, a tam we dworze gdzieś wisi na ścianie konterfekt mojego ojca! Ja mam czysty głos w sercu i Bóg się objawi w tym głosie, kiedy stanę przed sądem. I wygrałbym pewnie. Ale niech mnie Bóg broni od tego, abym miał nazwisko moje poniewierać po sądach... niechaj Bóg broni, aby dwoje ludzi, którzy to nazwisko odziedziczyli po moim ojcu, miało przeciwko sobie stawać do sprawy! I oto, Panie! ażebym kiedy nędzą lub głodem nie był pokuszony do tego czynu, oto klękam przed Tobą i przysięgam Ci — niechaj się dzieje, co chce, niechaj najlichsze służby odprawiam dla zarobienia codziennej strawy, niechaj żebraczymi łachmany zaświecę przed światem, niechaj, jako Łazarz w Twym Piśmie, niemocą zdjęty i pod cudzym płotem się walający, lichej bogaczów załaknę jałmużny — przysięgam Ci, że kopca tej wsi nie przestąpię, póki się pierwszy włos siwy nie pokaże na mojej głowie!... To wymówiwszy klęcząc i z podniesioną prawą ręką do góry, nagle mnie coś oświeciło tak jasno, żem olśnął. Zrywam się, patrzę: pożar. Piorun uderzył w dom mojej wioski... i widziałem jakby na dłoni owe trzy lipy rosochate, czarno umalowane na dnie z samego płomienia i dymu... widziałem ludzi, którzy się gromadzili pod tymi lipami i wyglądali jakby sami czarci chodzący wśród gorejącego piekła... widziałem kłęby czarnego dymu, które z czerwonymi iskrami, falując nad domem, wzbijały się aż pod sam namiot boży... Panie! Cóż mnie się działo natenczas!...
Tu dziadek przestał na chwilę i zamyśliwszy się, milczał. Zbudził się jednak niebawem, pytając:
— Śpisz, Nieczujo?
— Uchowaj Boże, mości dobrodzieju! — odpowiedziałem. — I owszem, słucham z wielką atencją.