— He?! — spytał dziadek jeszcze w zamyśleniu.

— Słucham, mości dobrodzieju.

— Kata ty tam mnie słuchasz; dobrze gdzieś zerkasz oczyma za pannami albo może zgoła i na migi z nimi już gadasz, bo to u młodych jak prędko, tak i zaraz.

— Wolne żarty jegomości, ale nie może to być.

— Ej! Co ty mi gadasz, co być może, a co nie może! Wiem ja o tym dobrze.

Na to panny się trochę porumieniły, a pani stolnikowa, lubo widocznie nierada była temu dowcipowi staruszka, jednak z wyrozumiałością, a zawsze z wielkim upodobaniem patrzyła na niego i od razu to poznać było, że dziwnie piękna miłość i cześć jest u tej matrony dla ojca. Ja też poderwałem natychmiast:

— Ale to już mniejsza o to, byle jegomość był łaskaw dokończyć swojej historii, bo inaczej nie będę wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska.

— A to mnie bardzo coś na tym zależy, żebyś ty wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska! — odpowiedział dziadek i począł coraz głębiej zapadać w krzesło i drzemać. Słaba już głowa była u tego starca, wszakże nie zasnął jeszcze z kretesem, i owszem, podczas kiedy żadne z nas ani słowa się nie ważyło wymówić, on, na pół śpiąco, a na pół pijano, następne159 ciągnął opowiadanie:

— Jaka jest szlachta oszmiańska! Hm! Drugiej takiej na pewno nie masz na świecie. Bo czy kto słyszał o tym prócz w bajkach, czy praktykował kto tego, aby się cały powiat hurmem zajął losem sieroty? Żeby przez lat siedmnaście administrował fortunę kogoś takiego, o którym cały świat mówił, że już kości jego pogniły w grobie? Żeby sierota, odtrącony od swojej wioski, z dworu swego wyrzucony za bramę i psami wyszczuty, w lat dwadzieścia wróciwszy, zastał wieś całą i nieruszoną, dwór w niej tak odbudowany, że ani jedną belką się nie różnił od spalonego? Matkę Boską nawet tę samą, która w ogniu ocalała, nad gankiem i dwa worki gotowizny we skrzyni? Słyszał to kto kiedy w tych czasach?... Moja macocha żyła jeszcze trzy lata, a po trzech latach nie umarła, ale w Dzień Zaduszny ze swoim gachem, który był diabeł sam z Łysej Góry, pojechała precz... het! Gdzieś do Niemiec. Tak powiadali ludzie. Kolega mój nawet, który służył ze mną królowi chrześcijańskiemu, a który jeździł był z Francji do swoich, powiadał mnie, że powracając sam na żywe oczy gdzieś ją widział w Niemcach. Karetą i czterema końmi karymi, z harbejtlowym obok siebie amantem, jechała na bal do miasteczka. Wszystka służba koło niej była czarno ubrana, w harbejtlach i kusych sukienkach — wszystko diabły zamorskie; polskich miała już dosyć. Na tę wiadomość ja jeszcze nie powracałem — nie mogłem — nie miałem jeszcze włosów siwych na głowie, alem ich już zapragnął. Czy widziałeś, Nieczujo, takiego kawalera, który by włosów siwych na własnej głowie wyczekiwał jak zbawienia? He?... Ja dwadzieścia lat o nie Pana Boga w codziennych modlitwach prosiłem. I wysłuchał mnie. Wróciłem i stałem się od razu bogatym. Wieś po ojcowsku zagospodarowana i dwa worki dukatów, to wielka fortuna! Błogosławił mnie też Pan Bóg za moją nędzę w młodości... za przekleństwa macochy... za siedmioletnie pauprostwo... za guzy odebrane od gacha... za dwudziestoletnią poniewierkę po świecie... Wszystko mi się wróciło. Ożeniłem się. Byłem bardzo szczęśliwy. Miałem żonę kochającą, córkę pieszczotliwą, spokój był w kraju, dobra dola wokoło, ani jednego nieurodzaju, ani jednego pomoru, żebraka nawet trudno było gdzie dojrzeć pod one czasy. Byłem bardzo szczęśliwy i byłbym nim był do dziś dnia, ale znowu gach niepoczciwy!... Znowu jeden dzień gromów i guzów — i wszystko przepadło! Działo się to...

— Może jegomość już spać się położy — przerwała pani stolnikowa, która zdawała mi się być pomięszaną i jakby niecierpliwą, jakby niechcącą, aby dziadek kończył, co zaczął, i dodała do mnie: — Dziadek już bałamuci. — Ale dziadek, jak gdyby nie słyszał ani słowa, ciągnął dalej: