— Działo się to w czerwcu, dnia dwudziestego siódmego, roku pańskiego tysiąc siedmset pięćdziesiąt i cztery... był wieczór natenczas, słońce zaszło już było... ziemia siniała... księżyc wyszedł na niebo i w lisią czapkę zawinięty, wróżył świętojankę... czeladka moja już spała, okna były pootwierane we dworku... bzy kwitły ostatnie i pierwsze róże się rozwijały... cisza była jak na cmentarzu... nagle!...

Wtem drzwi się otworzyły z łoskotem, wszyscyśmy się wstrzęśli jakby po strzale — pani stolnikowa zerwała się z kanapy i nazad usiadła — panny przytuliły się do niej — dziadek skoczył jak młody i lewą ręką chwycił się za róg od stolika, prawą przyłożył do czoła, spojrzał ku drzwiom i krzyknął: „Ignacy!” — Zerwałem się też i ja w tym momencie, spojrzę ku drzwiom, ale nic nie było strasznego. Mnich franciszkan, ów sam Murdelio z krośnieńskiego klasztoru, wszedł cale pokornym krokiem i pochyliwszy głowę, rzekł cicho:

Laudetur Jesus Christus!

In saecula saeculorum — odpowiedziałem, a nim się to stało, już znowu wszystko było w swoim porządku; dziadek tylko, usiadłszy na powrót w swoje krzesło, chrapał cokolwiek. Myślałem nad tym, dlaczego się ci państwo tak polękali, ale zważywszy potem, że ono raptowne ruszenie klamki i mnie przeraziło, nic nie myślałem. Zacząłem też zaraz rozmawiać z księdzem, wszakże za moment dano znać, że wieczerza na stole. Wszyscy więc wyszli na środek sali, ja się zbliżyłem do panny Zuzanny i wypaliłem jej jeden kompliment i drugi, chciałem i Zosi to samo uczynić, ale jakoś mi język nie folgował i mróz mi poszedł po całym ciele. Poszliśmy do drugiego apartamentu na wieczerzę, ale nimeśmy weszli, ja się ostałem przy drzwiach, aby to być ostatnim; wtedy pani stolnikowa wypuściła naprzód panny i mnicha, sama zaś, zatrzymawszy się przy mnie, rzekła do mnie półgłosem:

— Ja się spodziewam, że pan skarbnikowicz zabawi u nas dni kilka; dzisiaj damy mu apartament w sąsiedztwie dziadka, ale na jutro będą już opalone i przyrządzone pokoje gościnne. Proszę nas nie porzucać.

Ukłoniłem się grzecznie, poddając się rozkazowi gospodyni, ale uważałem, że była jeszcze więcej bladą jak zwykle i pomięszaną; po czym, przypatrzywszy się jeszcze, jak dziadka z krzesłem wynoszono do jego pokoju, weszliśmy do izby jadalnej. Stół podłużny stał na środku tej izby, nakryty na kilka osób więcej, niżeli nas było, co mnie jednakże nie dziwiło, bo zwyczaj ten chował się wtedy po wielu domach, a to na wypadek jakich gości niespodziewanych. Zasiedliśmy do wieczerzy tak, że pani stolnikowa i ja zajęliśmy jeden koniec stołu, panny przy nas, mnich zaś siedział na drugim końcu sam jeden, mało jadł, pił wiele i milczał. Milczenie też trwało długo i pomiędzy nami wszystkimi i na próżno pani stolnikowa starała się wzniecić jaką rozmowę; słowa jej się nie kleiły, a co powiedziała, nie miało wątku; tylko mnie, siedzącemu przy Zosi, jakoś się przecie udało, spytawszy ją o kwiatki i różne zagraniczne krzewy, które podtenczas już się były poczęły zagęszczać w Polsce, dłuższy z nią dyskurs utrzymać, a niewinne dzieciątko to tak mnie wdzięcznie opowiadało figury i przymioty różnych kwiatów, chowających się w oranżerii źwiernickiej, i z taką lubością grało swoim dźwięcznym głosikiem, że aż się rozpływała dusza moja. Po wieczerzy, przesiedziawszy jeszcze jaką chwilę przy stole, rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę, na miły spoczynek.

Moja izba była w południowej części domu; troje drzwi w niej było, jedne wychodziły do antykamery, drugie do dziadka pokoju, trzecie do pokoju graniczącego ze salą; okno patrzało na ogród. Kiedym wszedł do siebie, zastałem już tam mego Węgrzynka, który pościeliwszy mi łoże, siedział na stoliku pod piecem i drzemał. Rozebrawszy się i wypytawszy o wygodę, którą dają ludziom i koniom, i wyrozumiawszy, że uczciwą jest, wpędziłem go, sam czym prędzej przytulając się do poduszki; bo kiedy myśli mam wiele w głowie, to ona pierzana baba najlepszą mi jest powierniczką i najmądrzejszą rajczynią. I różne ważne myśli mi się poczęły zrazu, to ów mnich Murdelio, który mnie teraz coraz bliżej poczynał obchodzić, to ów staruszek niepospolity, którego mózg wyschnięty i serce zakrzepłe już tylko mocny trunek mógł w jakąkolwiek czynność wprowadzić, to na koniec Konopka, człek osobliwej skromności, który, mając wolny wybór pomiędzy groszem i dukatem, grosz wybrał i jeszcze drwił sobie z dukata, że delikatny. Jednak niedługo mogłem się nad tym namyślać, bo tuż stanęły nade mną błękitne oczy Zosi, tuż za oczyma biała twarz, jak lilia dopiero co rozwinięta, nad nią owe cudne warkocze, które porównywałem do wieńca czarnych róż. Aby to lepiej widzieć, przymknąłem oczy, począłem marzyć... i to mi mignął rękaw Zosinego kontusza... to niebieska polista160 sukienka... to oczu dwoje, to Zosia cała, która stanęła nade mną, w jednej ręce trzymając sznurek pereł maleńkich z krzyżykiem, a w drugiej z kolcami i liściem, świeżo co gdzieś zerwaną, różę czarną.

I podczas kiedy przed oczyma moimi robiło się coraz ciemniej, postać owa anielska występowała coraz jaśniej i zawiesiwszy się, jakby sen nieskończony, nad moim łożem, tylko co już nie przemówiła do mnie; nagle szmer jakiś dał się słyszeć w pokoju leżącym pomiędzy izbą moją a salą. Porwałem się, słucham: szept jakiś chrypliwy długie prawił kazanie, które chociaż często podnosiło się do ferworu, nierzadko przerywane było przerażającym każącego161 śmiechem, jednak cale mi było niezrozumiałe. Dopiero głos się odezwał kobiecy:

— Nigdy bym się na to zdecydować nie mogła, nigdy, nigdy. Raczej wszystkie męczarnie!

— To będą — odpowiedział głos mocny.