— Raczej śmierć!
— Ho, ho! Śmierć; ba! I ja bym ją może przyjął. Ale nie! Niechaj żywot się wlecze, jak człek do końskiego ogona przypięty, niech się ciągnie jak rzemień tortury, niechaj codziennie nowa kropla krwi się zapieka przy sercu, co nocy nowy duch cię przestrasza, a co poranku budź się z nową łzą w oku, tak gorzką, jak pieprz, a tak palącą, jak iskra! Kiedy nie chcesz przyjąć tego, co zamiast zemsty sam ci dobrowolnie podaję, kiedy nie chcesz przyjąć miłości i poddaństwa mojego, kiedy nie chcesz wziąć całej magnackiej fortuny mojej dla dzieci twoich i mnie samego dla siebie, iżbym się stał sługą i niewolnikiem, iżbym odżył jak człowiek przy ludzkim życiu, iżbym uspokojony wewnątrz pogodził się z światem i z ludźmi i zyskał czas do przebłagania Boga za winy moje, których nie kto inny, jeno tyś się stała przyczyną — to żyj! Żyj sto lat, żyj dwieście lat i cierp, cierp i doświadcz tego wszystkiego z mojej własnej ręki, czego ja doświadczyłem od ciebie! Żyj i cierp, a męki twoje niech się przedłużają na dzieci twoje, na wnuki i na dziesiąty płód twego pokolenia!
— Boże! Miejże litość nade mną! Cóżem ci winna!
— Niewinna! Cha, cha, cha! A któż mnie raj pokazał na ziemi, a potem drzwi do piekieł otworzył? Kto przyrzekał i zawiódł? Kto na nowo głowę zapalił, a potem truciznami ją gasił, żem owariował na nic, żem się na wieki już stał wyrzutkiem i trądem między ludzkością, że ja, pan pięćdziesięciu wsi, dzisiaj w habit się ubrał i jakby żebrak...
— Boże! Cóżem winna! Myślałam, że potrafię wymóc to na ojcu i sobie... jam nie miała i do dziś dnia jeszcze nie mam mej woli...
— Kłamiesz! — krzyknął głos mocny.
— Ach! To okropne! Miejże przynajmniej wzgląd na dzieci moje... na ojca zgrzybiałego, któren już się tyle nacierpiał z twojej przyczyny...
— Milcz! Dzieci twoje to trąd — stary to łotr!
— Panie!
— Milcz! Mówię — ja nad starym jeszcze nie taką pomstę wezmę przed śmiercią! Jużem mu pół serca wydarł spod żeber, jutro mu wydrę drugą połowę! A po śmierci! Cha, cha, cha!... Córkę mi oddaj!