— Nie musiałeś waszmość daleko na tej ziemi być, kiedy piękniejszej nie widziałeś nade mnie.

— Nie ma co mówić — odpowiedziałem — że ani wiem, kędy Paryż leży, ani znam owe ziemie, które czarni pozasiadali Włosi, kościste Niemcy, bogaci w złoto Hiszpanie i różni inni Angielczykowie; jednak, ile jej jest między Białowieską Puszczą a Wisłą, a zarazem między Sanem a Ukrainą, tyle znam i niemało się po niej nadeptałem na konfederacji, a kiedy na takim wielkim obszarze nie znalazłem nic...

— Proszę, proszę — przerwała mi Zosia — to znów będzie jakiś kompliment, na których wyszukiwanie próżno sobie waszmość czynisz fatygę, wmówić bowiem we mnie to, co nie jest, nie tak to łatwa rzecz.

— Chciałem tylko zakonfirmować to, co się rzekło wyżej, ale kiedy pani mi tego zabraniasz, tedy milczę już i za wielką sobie przyjemność to milczenie policzam, niczego bowiem tak gorąco nie pragnę, jak pozostać panny Zofii najposłuszniejszym sługą.

— Pan skarbnikowicz jesteś bardzo grzecznym — odpowiedziała Zosia — więcej nawet, jak by tego pomiędzy nami jako powinowatymi potrzeba.

Wtem weszła pani stolnikowa do tego pokoju, Zosia do niej poskoczyła i całując ją w rękę, o coś zda mi się prosiła, ja zaś tymczasem przystąpiłem do Zuzi i z nią rozmawiałem. Ale niewielka to z nią była rozmowa, dlatego odwróciwszy się niebawem, znów powróciłem do Zosi. Ale jakąż to w niej nagłą znalazłem zmianę! Dopiero co tak wesoła i szczebiotliwa, siedziała teraz na malutkiej kanapce w rogu i główkę opuściwszy na piersi, z smutną minką i ledwie że nie ze łzami w oczach skubała koniec chusteczki. Przystąpiłem tedy do niej i rzekę:

— Czegóż panna Zofia posmutniała tak nagle?

— Ej! Nic... jam nie posmutniała — odpowiedziała ona, podnosząc głowę i udając wesołą. — Ja też na to:

— Teraz może już przeminęło, ale dopiero co był jakiś frasunek u pani; widziałem to doskonale. Powiedzże mi pani, może ja co na to poradzę.

— Ej! Nic, dzieciństwo — odpowiedziała Zosia, powstając z krzesła i idąc do okna.