Owóż za niedługą chwilę powrócił się ów Węgrzynek i przyniósł tę wiadomość, że mnich franciszkan jeszcze wczoraj odjechał; na zapytanie zaś, czy często tu bywa, odpowiedziano, że dopiero trzeci czy czwarty raz tu przyjechał, ale zapewne nie po kweście, bo nigdy nic nie wywozi.

Będąc tak mądrym po tej wiadomości, jak przed nią, ubrawszy się i dobrze obejrzawszy w zwierciadle, poszedłem gospodyni oddać dzień dobry. Znalazłem ją już ubraną, siedzącą w jeszcze dalszym za jadalną izbą apartamencie, przy porannej modlitwie czytanej wraz z córkami z wielkiej nabożnej książki. Była jeszcze bledsza jak wczoraj i zmęczona, jednak nie dawała tego poznać po sobie — panienki wyglądały czerstwo i miło. Widać kochająca matka chowała przed nimi utrapienia swoje, jeżeli jakie miała. Skoro tylko wszedłem, przerwano modlitwę, a pani stolnikowa rzekła do mnie:

— Zastajesz nas, waszmość, przy służbie bożej. Nie mamy kaplicy w domu, a do kościoła jeździć albo chodzić codziennie w zimie kobietom nie można. Więc oddajemy Mu hołd taki, na jaki nas stać, chociaż niemało z nas szydzą z tej okazji sąsiedzi; bo trzeba wiedzieć waszmości, że cały ten nasz powiat pilźnieński więcej podobno ma szlachty lutrów i kalwinów niż katolików. Wytępili ich trochę konfederaci, lecz dzisiaj mogą sobie rosnąć jak chcą, bo już nie masz konfederatów.

— Wiadomo mi to, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — że tu tyle ich się znajduje, tego brzydkiego nasienia, ale cóż robić? Dziś już tylko modlitwa jedynym na nich lekarstwem, innego nie mamy. Ale właśnie używania tego skutecznego lekarstwa ja przerywać nie chcę; pozwoli zatem jejmość pani, że się do tej modlitwy przyłączę, bo lubo ja, nie chwaląc się, swoją już odprawiłem, jednak nigdy tego dość dla człowieka.

— Cieszy nas to mocno, mój mości panie — odpowiedziała pani stolnikowa — a kiedyś tak chętny, to chciejże być naszym lektorem, bo dotychczas tę funkcję odbywała Zosia, ale u kobiety głos słaby do chwały bożej.

Wziąłem więc księgę i zasiadłszy przy stole, czytałem wyznaczone modlitwy; przyznać atoli muszę, iż snadź niewiele łask sobie uprosiłem u Boga tą robotą, bo raz na raz spoza kompaturek163 rzucałem okiem na Zosię, która dziwnie piękną była przy tym nabożeństwie. Bo nawet i tak snadź niewiele piękniejszych rzeczy nachodzi się na tej ziemi, jako widok pięknej i niewinnej dzieciny z oczyma podniesionymi do Boga.

Niebawem też i dziadek przyszedł ze swoim starożytnym skaplerzem w ręku i z swymi pacierzami na ustach, które basowym szeptem odmawiał. Ujrzawszy nas przy nabożeństwie, nie przerywając ani nam, ani sobie, usiadł tymczasem w kącie, ale skoro zmówił pacierze, znowuż milczkiem przeszedł izbę i przysunąwszy się do mnie, usiadł wytężając uszy, iżby dobrze słyszeć słowo boże. Ja też czytałem, ile głosu mi stało w szyi. I wdzięcznie było widzieć, jako dom szlachecki stał się na czas164 domem bożym.

Po skończonej modlitwie, powinszowawszy sobie dzień dobry, przeszliśmy wszyscy do jadalnego pokoju, gdzie już zastawione było śniadanie, składające się z kawy i z winnej polewki dla dziadka. Ja też przysiadłem się do winnej polewki, bom był do niej zwyczajny, i tak pijąc a przyjadając, przy grzecznej rozmowie o pogodzie i trochę o gospodarstwie, przeszła nam długa chwila. Dalej wstaliśmy od stołu i każdy poszedł, gdzie chciał; tedy ja do Zosi i zaraz:

— Moja mościa panno! — rzekłem — waćpanna jesteś tak gładka i wdzięczna, że snadź piękniejszej już nie masz na całej ziemi, kiedy mi się nie podarzyło widzieć ją albo choć o niej zasłyszeć.

Zarumieniła się biedna Zosia aż poza uszy, jednak nie czekając odpowiedziała: