„wielmożny mo Ścipanie! Do piro teraz widzę, yakiem do Brze zro Biła, czom Waszmość panu czałego słowa nie Darowała y czom ter Minu szlubne Go o znaczyć nie pozwoliła — Bo czy się je Szcze kiedy widzić bę Dziemy, czy ni, tę Waszmość przym odemnie na Ukę, że pirszym przy Miotem y napirszą Cnotą każdego kawaLera na czałym świe Cie yest to, czoby zawsze dotrzymywał Parolu. Beste go nic. Bonć Waszmość zdróf y niech ci pan buk niepa mięta cięszkie Łzy moje, co za to płaczę. Żuzanna”.
Przeczytałem i długom się patrzył w ten smutny dokument, nic nie mówiąc; ale mi przerwał Konopka słowy:
— No i cóż ty na to?
— Chcesz mojej rady?
— I owszem, proszę o nią.
— Tańcuj więc całą noc dzisiaj, upij się na frasunek, a jutro jedź i niechaj tu noga twoja więcej nie postoi w Źwierniku.
Wpatrzył się na mnie Konopka wielkimi oczyma, a potem rzekł:
— Jak to rozumiesz?
— Jak powiedziałem.
— To chyba sobie dworować chcesz ze mnie?