— Słuchajże, może mnie jakąś w tym podasz radę. Cała rzecz to, że mi znowu Zuzia coś zaczyna mataczyć.
— Jak to znowu? Nic a nic nie rozumiem.
— Więc opowiem z początku. Rok już blisko, jak konkuruję o rękę panny Zuzanny i pomimo wszelkiej usilności mojej długo tak było, że sam nie wiedziałem, jak właściwie sprawa moja stoi. Panna Zuzanna jest kapryśna i co dzień co innego mi powiadała; matce zaś roją się jakieś familijne splendory po głowie i nie decydując nic sama, odwoływała się do swej córki. Znudzony tą niepewnością, jakoś koło Nowego Roku zrobiłem deklarację, ale że się dnia tego, na nieszczęście, nawinął Murdelio...
— Mój bracie — przerwałem w tym miejscu Konopce — powiedzże mi, kto jest właściwie ten wasz Murdelio?
— Murdelio?... — zapytał Konopka, zamyśliwszy się trochę. — Murdelio, cóż? Po prostu mnich, franciszkan z krośnieńskiego klasztoru, który miał dawnymi laty fortunę, tę podobno w części utracił, w części na klasztory zapisał i do zakonu wstąpił... a że jest człek rozumny i tak w duchowych, jako i świeckich rzeczach niepospolicie biegły, a do tego jeszcze z lat dawnych dziadkowi znajomy, więc ma pewne zachowanie w tym domu.
— Ej! Panie Janie! — rzekłem mu na to. — Widzi mi się, że tu jakieś tajemnice zachodzą, które kryjówkę swoją mają pod tym mnisim habitem.
— Hm! Nie mogę zaprzeczyć, że i mnie się to raz przywidywało, wprawdzie dziadek, po kilka razy zapytywany przeze mnie, tylko ręką kiwał i odpowiadał: „Wiele by to dziś gadać o tym!” — ale kiedym znalazł sposobność rozmawiania z Murdelionem, a nawet przytomny byłem temu, kiedy on argumentował, dlaczego ślub mój z Zuzią odłożyć wypada, to mi wszelkie podejrzenie odpadło, bo owa jego pokora, owa pobożność i można mówić, że prawie natchniona mądrość...
— No, no, rozumiem, więc cóż dalej z Zuzią?
— Owóż stało się tak, że mi matka i panna dały słowo i dziadek potwierdził; ślub jednak odłożono na czas niepewny, z czego wszystkiego, jak dotąd, ja byłem dość kontent, bo nic mi w tym tak bardzo pilnego, a przez ten czas zwłoki mam nadzieję wywindykowania215 mojego familijnego majątku, dokąd by mi daleko milej było wprowadzić żonę niż na lichą dzierżawę. Wprawdzie po owej deklaracji Zuzia mi zaraz dodała: „Jak się pan chorążyc będzie sprawował dobrze, to ślub będzie prędzej, jak źle, to później albo może i nigdy” — jednak ja sobie tych słów nie brałem tak bardzo do serca, bom się zawsze sprawował dobrze, i rzeczywiście tak było, że kiedym tu ostatnią razą był, to mi Zuzia pod sekretem przyrzekła, że o wiośnie zamienimy pierścionki. Tymczasem stało się tak, że za to ja jej znowu przyrzekłem, iż za cztery dni, to jest w niedzielę, przyjadę do Źwiernika. Przyjechać nie mogłem, bom miał termin na sądach w Krakowie, i dopiero wczoraj stamtąd wróciłem, ale zaraz napisałem do niej list z piękną ekskuzą — patrzajże, co mi odpisała.
To mówiąc, dobył list spod żupana i podał mi go do przeczytania. Wziąłem i czytałem, jak następuje: