— Czyś zapomniał, czyś nie zapomniał, to wszystko jedno, zawsześ parolu nadłamał.
— No, no, nie wiem, gdzie toś się między takimi rygorystami wychował? — odpowiedział pan Konopka i pobiegł do pałacu. Jam się został ze starościcem, z którym potężnie się wynudziłem, bo mnie wypytywał o takie rzeczy, na które odpowiadać nie było warto; szczęściem, że mnie od dalszych z nim nudów wybawił Stojowski z Lubienieckim i owym trzecim towarzyszem. Szczerze się ze mną witali Mazurowie, jednak nie bez uśmiechu na twarzy, o który nie chciałem już ich wybadywać, bo nietrudno mi się było domyśleć, że każdy z nich, spojrzawszy na mnie, przypomniał sobie ową scenę przed gankiem w Koszycach i dlatego się uśmiechał. Stojowski był to człowiek rozumny, a nawet pełen różnych wiadomości i przyrodzonego dowcipu, więc mi miłą była z nim konwersacja, ale mi ją znowu przerwał Konopka, wpadając prędkim krokiem i prosząc mnie na ustęp. Wyszedłem z nim do trzeciego pokoju, gdzie mi też zaraz rzecze:
— Panie bracie, daliśmy sobie parol, abyśmy o twojej sprawie ze sobą nie gadali, ale o mojej sprawie przecie by nam wolno pomówić.
— Nie masz wątpienia — odpowiedziałem — słucham tedy, co każesz?
— Powiedz mi, z łaski swojej, co się tu stało podczas mojej niebytności?
— Cóż by się stało? Nic zgoła, bo nie dosyć, że przez ten czas ani jednej obcej duszy nie było, ale nawet wszystkie te dnie były tak jednostajne i tak w niczym się pomiędzy sobą me różniące, że gdyby nie kalendarz, to bym myślał, że to tylko jeden upłynął.
— Przecie tu się coś stało.
— Ale ręczę ci, że, ile ja wiem, nic a nic zgoła.
— Skądże by nagle takie bałamuctwo?
— Jakież to bałamuctwo?