Ale tak bolesne wrażenia w samej młodości odebrane, owe cierpienia, które w miękkie jeszcze i niehartowne uderzyły serce, zostawiły ślad niezatarty po sobie. I jeżeli to, że śród nich nie upadłem lub nie obłąkałem się na bezdrożach zwątpienia albo rozpaczy, że za przykładem innych sumienia mego nie oddałem w służbę chciwego władcy rozumu, mam do zawdzięczenia owej wierze świętej, dla której żyłem, biłem się i konałem; to to, że mi się na nowo świat życia otworzył, że mi krwią świeżą zagrało serce, żem otworzył oczy na wiosnę ziemi, uszy na śpiewanie słowików, duszę na cudze szczęście, żem zgoła na nowo ku światu wyciągnął ramiona, tom winien tylko owej pierwszej niepokalanej miłości, którą we mnie obudziła kobieta! O! Gdybyż wiecznie w sercu ludzkim mogło trwać pierwszej miłości uczucie!
Owe półtora tygodnia, przez które bawiłem w Źwierniku, przeszły mi prędko i prawie niespostrzeżenie. Obudziwszy się z najpiękniejszych snów nocnych i odmówiwszy swoje osobne pacierze, szedłem codziennie rano — do familijnego grona i odczytywałem mu modlitwy poranne i świętych żywoty; potem szliśmy do śniadania, przy którym dziadek, gęsto popijając winną polewkę, rozpowiadał różne rzeczy o dawnych czasach. Starzec ten siwowłosy im więcej pił jakiegokolwiek gorącego napoju, tym trzeźwiejszym się stawał na umyśle, tym silniejszym pamięcią i żywszym na duszy. Trunek tylko czynił go żywszym, trunek rozwiązywał mu usta, podniecał dowcip i zapomniane wywoływał obrazy. Kiedy w wazie polewki szczere dno się pokazywać zaczęło, to już jeno spisywać było wszystko, co z jego sinych ust wychodziło — spisywać i na wieczne czasy chować dla potomności. Ale nie z każdym to tak jest na tym świecie: bo podczas kiedy jeden dopiero po gąsiorze staje się mądrym, drugiemu gąsior cale odbiera rozum, jaki miał po trzeźwemu, a niejeden i po trzeźwemu, i po pijanemu jak gąsior. Po śniadaniu, a przy dziadkowych powieściach, pani stolnikowa odchodziła do gospodarstwa, panny zaś zasiadały do jakichś robótek. Póki więc dziadek pił i rozprawiał, ja tylko półgębkiem mogłem z panienkami rozmawiać, ale gdy już ucichł i głowę zwiesiwszy na piersi, zwinął się jakby ślimak w swoją skorupę, myśmy zaczynali nasze swawole i śmiechy. Wtedy siadałem do stolika i rysowałem Zuzi kwiatki i szlaczki na szyjących się podszewkach, poszeweczkach, chustkach i innych bieliznach; Zosia trzymała mi przed oczyma wzory do tego i wskazywała, gdzie co dodać, a gdzie wypuścić; opowiadaliśmy sobie przy tym różne bajki lub powtarzali ploteczki, niewinnie sobie żartując z ludzi, ze świata i z siebie. Po obiedzie chadzaliśmy do oranżerii i mama nie broniła nam tego; tam pielęgnowaliśmy kwiateczki, obrywali z nich liście zeschnięte, obcinali martwe gałązki, ustawiali doniczki w inny ład jako dawniej, radowali się wonią tam falującą i ciepłem, i ową wiosną, którą sztuka ludzka potrafiła sobie utworzyć śród zimy. Śród kwiatów i krzewów zieleniejących się pysznie i rozwijających się w świeże pączki i liście i ja też ożywiałem się coraz więcej, a serce moje nastrajało się coraz wyżej, napełniało się wonią miłości i przepełniało nieraz, kiedy mu przyszło promień Zosinego oka trochę dłużej wytrzymać. Stałem się też tak miękkim, słodkim i ujmującym, że do tygodnia pozyskałem sobie dobrą przyjaźń u wszystkich; Zuzia nawet, która, jak się to później dowiedziałem, zrazu mnie nie lubiła, która mnie upornie i złośliwym przekąsem wypytywała o to, com to na ustroniu rozmawiał z Konopką, która mnie nawet otwarcie wyrzucała moje postępowanie ze starościcem, która na koniec nie żartem skłóciła się ze mną o Niemców, Zuzia nawet przyzwyczaiła się do mnie; Zosia tylko, więcej milcząca i zamyślona, oprócz wdzięcznego czasem spojrzenia nie udarowała mnie żadnym wyznaniem — ona z tymi dużymi, niebieskimi i jakby zza mgły lekkiej wyglądającymi oczyma, zdawała się być duszą gdzieś w innych dalekich światach i wtedy tylko przypominać sobie o ziemi, kiedy jej kwiatek przesunął się przed oczy albo smutek uderzył w serce. Wszakżeż ze słów kilku, ze spojrzeń kilku lub może li z samej fantazji mogłem mieć i czyniłem sobie nadzieję.
Nadzieję tylko? — powie może niejeden — to jeszcze wcale niedaleko. I prawda, że to młodemu sercu niedaleko iść po nadzieję; prawda, że owego czasu inni za półtora tygodnia już i na zapowiedzi dawali, prawda, że i mnie należało się śpieszyć, zwłaszcza że z przyczyny Lgockiego było periculum in mora213; jednakże na to potrzeba mi się było rodzić albo na sto lat przedtem, albo być francuskim elegantem w peruce i z żabotami, im bowiem tylko udawało się tymi czasy podbijać serca kobiet w kilku godzinach. Więc do nadziei tylko dobiłem się przez półtora tygodnia i nią się poiłem, kiedy nadszedł ostatni wtorek.
W domu pani Strzegockiej wszystko było na przyjęcie gotowe. Posadzka na nowo odszlifowana, wszystkie sprzęty odczyszczone i odświeżone, muzyka z Tarnowa sprowadzona, potrawy zimne gotowe, wina, miody i inne napoje uporządkowane i osobnemu słudze pod klucz i pod dozór oddane. Wszakże do południa jeszcze nikogo nie było; po południu dopiero przyjechał Konopka ze starościcem, a niebawem za nimi pan Stojowski z Grudny, pan Lubieniecki i pan Kąkolnicki, jakiś tam wujaszek czy inny powinowaty Lgockiego, stary podłysawy kawaler, ale człek bogaty i gotowiznę, i obszerne ziemie posiadający za Wisłą. Za tymi zaś już sanie za saniami sypały się jakby z woru, a wszyscy z nich wysiadali przed oficyną dla przebrania się i przygładzenia czupryny. Prosiła mnie nawet była pani stolnikowa, iżbym wszystkich zabawiał w oficynie, gdzie na dwóch stronach było po trzy pokoje, i abym nie wchodził pierwej z gośćmi, aż póki się nie zmierzchnie i sala nie będzie oświecona, żeby zaraz bez wszelkiej ceregieli grać zacząć i tańcować. Owóż tedy Konopka, skoro tylko zlazł z sani, zaraz mnie bierze na stronę i pyta:
— A cóż, panie bracie, jak tam rzeczy idą?
Ja też na to:
— Jakie rzeczy?
— A z Zosią? Bo jak mnie Bóg miły, lubom214 to Lgockiemu pomagać obiecał, jednakże ty mnie jakoś lepiej do serca przypadłeś.
— Ej! Mazurze! — rzekłem. — Tak to u was dotrzymują parolu? — Uderzył się sam w gębę za to i odpowiedział:
— Tak mi daj Panie Boże zdrowie, żem zapomniał na wieki.