— Ze mną będziesz pijał miód po obiedzie — rzekł dziadek.

— Mnie pan skarbnikowicz będzie hafty do krosienek rysował — rzekła panna Zuzanna.

— Mnie zawczasu zatrzymasz izbę w oficynie, abym się miał gdzie przespać po balu — rzekł pan Konopka.

— I mnie także — dorzucił Lgocki, i tak wszyscy sobie coś dysponowali, jedna tylko Zosia niczego nie wymagała ode mnie, jak gdyby chciała mi dać do zrozumienia: a na mnie się będziesz patrzał tylko i to będzie dla ciebie robota, może nawet najcięższa ze wszystkich.

Kawalerowie zostali się jeszcze na obiedzie, po czym odjechali, zostawiając mnie samego z domownikami i obowiązkami świeżo co na mnie powkładanymi.

IV

Gdyby kto inny na moim miejscu został się był w Źwierniku i wiedział o tym, że mu się z dziewięćdziesięcioletnim dziadkiem, niedosłyszącym i częściej nudnym niżeli zabawnym, z panią stolnikową zwyczajnie przez większą część dnia z niewiadomych przyczyn kwaśną i umartwioną, z Zuzią próżną i snadź komplimentami czy kaprysami zepsutą panienką, a na koniec z piękną wprawdzie, bardzo piękną, ale niewielomówną i obojętną mu Zosią półtora tygodnia bez żadnej odmiany przepędzić przyjdzie, toby był zdesperował z kretesem, a może nawet, wielką etykietę odrzuciwszy na stronę, uciekł zawczasu. Ja atoli za te półtora tygodnia ledwie bym był nie oddał mojego udziału w najpiękniejszej, z pierwszym wojskiem całego świata stoczyć się mającej batalii. Bo i jakżeż to pełne niewypowiedzianego wdzięku, pełne nieznajomego mi dotąd szczęścia były wszystkie dnie owe i wszystkie wieczory! Jakiż to rajski świat się wtedy otwierał dla mnie co rana, jakich cudownych marzeń kraina mnie obejmowała co nocy! Jakimże to bogactwem najwdzięczniejszych uczuć przepełniało się serce, jakim czystym i jasnym płomieniem błyszczała dusza moja!... Boże! Jakże wielkim Ty jesteś i jak pełną cudów jest wszędzie Twa ręka! Jakiż to raj Ty musisz dla sprawiedliwych mieć w niebie, kiedy już taki dajesz niektórym na ziemi! O, Ojcze niebieski! Jeżeli który z tych ziemskich płazów, którym Pismo podobieństwo Twoje przyznało, wątpił o Twojej nad tą ziemią opiece, jeżeli który zachwiał się w wierze w cudotwórczość Twej dłoni, jeżeli który odrętwiał na sercu i zaparłszy się trwogi piekła, lekkomyślnie pogardził tym rajem niebieskim, który Ty wiecznie ukwiecasz i chowasz dla Twoich wybranych — jeżeli czyje serce, mówię, czy to ziemskimi cierpieniami zwarzone, czy pod gorącymi wichrami zarazy lub pokusami rozumu upadło i zwiędło, i jadem przesiąkło, i żółcią zalane milczy, kiedy rozum spienionymi wargami przeciwko Twojemu słowu się miota: — o Panie! Wróćże takiemu tylko trzy dni pierwszej wiosennej miłości, a w niej objawisz mu się w całej Twojej cudowności i mocy — wróć mu miłość czystą i nieskalaną, a dasz mu wiarę tak silną i wielką, jaką miał Syn Twój i owi, którzy za nią konali na krzyżach i w katakumbach.

Nie byłem nigdy dotknięty złym duchem niewiary, nie rozpadała się dusza moja pod ciosami zwątpienia, nie sięgałem nigdy jednookim rozumem moim w granice prawd nietykalnych, ale serce moje, choć młode, ukąpało się już nieraz w krwi kipiącej bałwanach i w nich nieraz zakrzepło. Były czasy, kiedym wśród wojen strasznych i złowrogich, sam odarty i ranny, i głodem wymorzony, i tułający się nędznie, takem już był upadł na duchu, żem Cię, Boże, goręcej błagał o śmierć niż kto o zbawienie. Zapomniałem o ojcu natenczas, o rodzinie, o krewnych moich, o przyjaciołach. Tyś sam, Panie, może mi zniknął sprzed oczu natenczas! Bo zwarzona dusza moja zamierała już wtedy w gasnącym ciele i ostatnimi drgając siłami, śniła tylko chleb dawno niewidziany i trupy wszędzie porozrzucane, wodę orzeźwiającą i krew zastygającą na ziemi.

Były czasy, w których dnie i noce klęczałem u trumny mojego rodzica, potem u grobu jego, sierota, opuszczony, nieznany, sam, ze łzami tylko i sercem pokrwawionym na tej zimnej, obojętnej, chciwej cudzego grosza, cudzych boleści, cudzych łez chciwej ziemi!

I przyszły na koniec jeszcze czarniejsze chwile na sierotę. Wśród nich już ziemia znikła sprzed oczu moich... i tumanami wleczonymi za sobą cały świat mi zakryła. Nie wiedziałem już, żali212 żyję i czy ląd mam przed sobą, czy morze, czy mgły, czy powietrze. Martwy byłem, głuchy i nieruchomy. Tylko czerwone płomienie biły w ciemne oczy mej duszy, i to nie wiedziałem, czy biją od słońca dopalającego się już na niebie, czy od łun pożaru gasnącego na popiołach spalonej ziemi. Wszakże nie zaginąłem jeszcze natenczas.