Uśmiechnął się do mnie Konopka, ja też do niego i przestaliśmy mówić o tej materii, tymczasem zaś pani stolnikowa:
— Ale co tam, czy są duchy na Niemcach, czy ich nie masz, nas to mało obchodzi, tymczasem to dla nas ważniejsza, że ci, którzy tu byli wczoraj, to byli szczerzy ludzie z duszą i ciałem, a co najważniejsza, i z władzą nad nami. Ja też jeszcze raz grzecznie dziękuję panu skarbnikowiczowi, że mi ich gościnnie przyjął i zabawił, bo kiedy już Pan Bóg tak dał, że losy w ich ręce złożone, to niechże nie myślą, że ja z nimi chcę wojny lub jakiej niezgody. Teraz zaś mówmy o tym, co nas najbliżej dotyczy.
— Słuchamy z uwagą — odpowiedziałem.
— Nie masz co długo słuchać — rzekła gospodyni — oto, aby się dzieci moje cokolwiek zabawiły, chcę na ostatni wtorek dać niewielką zabawę u siebie. Spodziewam się, że i pan skarbnikowicz zostanie.
— Najmilej mi będzie spełnić rozkaz jejmości dobrodziejki — odpowiedziałem — ale do ostatniego wtorku to jeszcze z półtora tygodnia.
— No i cóż to przeszkadza? W szlacheckim domu, a nawet w pokrewnym, dni kilkanaście posiedzieć, sądzę, że panu przykrości nie zrobi.
— Przykrości? — odpowiedziałem. — Na żaden wypadek, i owszem, przyjemność i miłą rozrywkę; ale z końmi i ludźmi...
— Ot, elegant! — zawołał dziadek. — Nie bój się, nie bój, spichrza całego nie wypróżnisz i wołów dla ciebie bić nie będą.
— Więc poddaję się z chęcią i gotowością woli asaństwa dobrodziejstwa — odpowiedziałem z ukłonem i sercem pełnym ukontentowania — ten tylko sobie wypraszam warunek, żebyście mnie państwo przez ten czas do jakiej roboty użyli, abym wam darmo chleba nie psował.
— Może i robota się znajdzie — odpowiedziała gospodyni. — Ot! Rankami będziesz nam waszmość Pismo święte czytywał.