Tamci dwaj tylko, widać ludzie prości i grubi, lubo, jak sami mówili, wielkiego ducha, pożegnali się ze mną obojętnie i chłodno, grzeczność moją, ba! dobrodziejstwo, poczytując sobie za spełnioną powinność.
Na drugi dzień rano Niemcy odjechali, my zaś pozostali, zgromadziwszy się przy śniadaniu; z wczorajszej, tak niespodziewanej wizyty mieliśmy bujny przedmiot do konwersacji i jeżeli zabawny przepędziliśmy wieczór z nimi przytomnymi, to ranek bez nich jeszcze był zabawniejszy, bo mnóstwo przypomnień i uwag nad tymi nowymi w kraju naszym figurami czynionych nieraz do chóralnego śmiechu pobudzić nas musiało. Zuzia tylko, która nie wiedzieć dlaczego ustawicznie w obronie Niemców stawała, i dziadek, który mi po kilka razy wyrzucał, jak mogłem cudzoziemców w dom wprowadzić i pozbawić go wieczoru, po którym on sobie tak wiele rozrywki obiecywał, nie podzielali ogólnej wesołości naszej. Dziadek nawet, rozegrzawszy się winną polewką i wpadłszy na dobry tor elokwencji, na poparcie swoich zarzutów niestworzone rzeczy nam plótł o tym narodzie, utrzymując, że tenże od Kościoła Bożego odstąpiwszy, diabłu duszę zapisał za to, żeby przez tę moc nadludzki rozum posiadł i całą ziemię pod swoje panowanie zagarnął.
— To, mosanie, są rzeczy — mówił dziadek — o których mało kto jeszcze wie na świecie, ale ja, który kraj ten cały stopa za stopą przeszedłem, wiem to doskonale, bo tam w każdej chacie o tym gadają. Duch ten, którym oni się tak chlubią nad inne narody, to nie jest żadna bajka, mosanie, bo tam jest duch w samej rzeczy, ale duch zły, czarny książę światów podziemnych, który się na miliony cząsteczek pokrajał i w tamtych ludzi powłaził; a kto by temu wiary dać nie chciał, ten niech się tylko nad tym zastanowi, że co tylko na zgubę i umartwienie biednych ludzi wynaleziono, to wszystko wyszło z tego ich ducha. Proch strzelny, druk, karty do grania i kości, wszystko to oni wymyślili, a wiele jeszcze innych rzeczy wymyślą na zgubę ciał i dusz ludzkich, to obaczycie.
Na próżno przekładałem dziadkowi, że ani proch, ani druk, jak skoro tylko tajemnica ich używania stała się pospólną całego człowieczeństwa własnością, nie są wynalazkami zgubnymi; na próżno zarzucałem, że obadwa208 te wynalazki nie mogą od złego ducha pochodzić, kiedy zły duch tym narodem aż czasu Lutra zawładnął, a one o wiele jeszcze przed Lutrem uczynionymi zostały — dziadek nie dał sobie ani co mówić o tym, ucinając spór tymi słowy:
— Ale co ty mi gadasz! Jeszcze ani ciebie, ani was wszystkich, jak tu jesteście, nie było na świecie, kiedy ja już byłem na Niemcach i to wszystko od katolików, którzy się tam jeszcze w sekrecie chowają, słowo w słowo słyszałem. Zresztą, co tam długo argumentować; nie dosyć, że mi to od naocznego świadka wiadomo, jak moja macocha przez Niemców porwana, skoro tylko się nogą ziemi tamtejszej dotknęła, czarownicą się stała, ale idąc sam przez kraj ten, w którymkolwiek domu we czwartek na nocleg stanąłem, to wszędzie sam na własne oczy widziałem, jak gospodyni domu zaraz z wieczora nastawiała jakieś warzywo w kotle do ognia, a pies lub kot siadłszy koło kotła, warzechę w łapie trzymał i szumowiny zbierał. Po ugotowaniu tej strawy każda z nich na miotłę siadała i zaszwargotawszy słów kilka, z dymem przez komin ulatywała. Ba, i żeby to jeszcze — ciągnął dziadek dalej, popijając winną polewkę — na samych czarownicach się kończyło, nie byłoby to może tak bardzo dziwnym, bo i u nas tego nasienia niemało; ale to tam, gdzie spojrzysz, wszędzie ludniej od samych duchów na ziemi niżeli od ludzi. Tam w ziemi mieszkają koboldy209, w drzewach drzewne, w wodzie wodne, w powietrzu powietrzne duchy. Więc elfy w postaci maluteńkich panienek z rozwiniętymi włosami, które za muchami i motylami latają; w wodzie niksy, wdzięczne panny żyjące, ale zimne jak lód, i kawalerowie wodni, piękni i w niczym od innych się nieróżniący, tylko w tym, że włos u nich mokry i miasto ludzkich rybie zęby mają w gębie — i jedne, i drudzy przychodzą często na tłoki210 wiejskie albo na muzyki do karczem, a Niemcy tańcują z nimi brat za brat. Pokazywano mnie ich na własne oczy, nawet owych karzełków widziałem, którzy w skalnych szczelinach na polu i lasach albo pod podłogami w domach mieszkają i często do plewienia, do żniwa, a najwięcej do otrząsania owoców w sadach gospodarzom się wynajmują; na górze tej byłem, w której wnętrzu w wielkich wykutych salach cesarz ich, Karol Wielki, ze wszystkimi wojskami swoimi siedzi i czeka tam na jakiś dzień przeznaczony, w którym ma wyjść na wierzch i wszystek świat pobić... A ty mi pleciesz jakieś tam filozofie i negujesz to, co na własne oczy widziałem!... Hm!... — skończył i popił winnej polewki.
Na takie dictum211 nie miałem co odpowiedzieć, jakoż i Konopka dodał:
— Ale to nie ma wątpienia, we wszystkich niemieckich książkach stoi to jasno jak na dłoni.
— O, o! Prawda, wszakże i ty byłeś na Niemcach — rzekł dziadek do Konopki — powiedzże sam, czy tak nie jest?
— Ale tak, tak — odpowiedział Konopka.
— No, więc czegóż potrzeba?