— Łatwo to powiedzieć, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — ale oni podobno troszeczkę się boją i ani myślą wyjeżdżać.

— Jakżeż? To będą nocować?

— Zapewne, że będą.

— No i cóż tu zrobić?

— Nic nie zrobić; zabierzcie się, asaństwo, i wyjdźcie do sali, jeden z tych Niemców jest kawaler i szlachcic, mówi po francusku i wcale do rzeczy jest, z tym sobie możecie panie rozmawiać, a tamtych drugich już ja biorę na siebie. Bo cóż robić przez cały wieczór?

— Co mówicie, panny? Pójdziemy?

— Chodźmy, mamo; cóż w tym jest złego? — odpowiedziała Zuzia.

Wyszliśmy więc wszyscy prócz dziadka, który z Konopką wyniósł się do swego pokoju; tu zaś przyniesiono światła; pozbierano ze stołu i zaraz pan Holmfels przysiadł się do gospodyni domu i począł z nią grzeczną rozmowę. Zrazu szło jakoś nudno i cicho, ale że Holmfels był to kawaler światowy i ze wszystkimi trzema damami umiał utrzymać konwersację, więc się też niebawem ożywiło. Wkrótce baron siadł do klawicymbału i przygrywał różne piękne melodie; pokazało się też, że Czech, jako to u nich zwyczajem, umiał grać na skrzypcach, wyszukano mu więc tego instrumentu pomiędzy sługami; grali tedy obadwa, wtórując sobie, myśmy słuchali, a nareszcie i Konopka, który także był muzykalny, zasiadł do klawicymbału; ja rozmawiałem ze Streitenbachem i dworowałem sobie z Czecha, na co się stary Niemiec uśmiechał i potakiwał; Holmfels zaś jak usiadł przy Zuzi, jak jej wziął prawić jakieś tam rzeczy, tak i przesiedział tam póty, póki cale grać nie przestano, a może i dłużej jeszcze siedział, czego ja już nie widziałem, bo pokazało się, że pan Streitenbach jest budowniczy z profesji i uczył się tego na akademiach, a że ja z dziecka prawie miałem wielkie zamiłowanie w tej sztuce, tedy nie zaniedbałem tej sposobności, aby się o wiele ciekawych, a u nas tylko ze słyszenia znajomych rzeczach zainformować. I tak się zagadałem z tym Niemcem, żem ani uważał, co się tam dalej działo w sali, aż mnie krzyk i szelest jakiś obudził. Spojrzę ja, aż tu widzę jako Czecha okrążyli i panny, i kawalerowie z wielkim hałasem i śmiechem. Przystąpiliśmy bliżej, a on im pokazuje jakieś sztuki łamane, to ze świecami, to z pierścionkami, to z innym rupieciem. Dopieroż biegać za nim, łapać go i śmiać się do rozpuku, przy czym już to Lgocki prym trzymał i najwięcej dokazywał. Nawet pani stolnikowa się z kanapy ruszyła i do gry tej wmięszała, i tak z owymi Niemcami, przed którymi zrazu wszyscy pouciekali, oswoili się wszyscy pomału, jakby z dawnymi znajomymi i sąsiadami, niektórzy nawet, jak Lgocki, aż konfraterni206 nawet z nimi się nie kajali207. Wszakże, kiedy po ukończonej zabawie do wychodu się zabierali, nikt ich ani jednym słowem nie zatrzymywał, a wszyscy z wielką grzecznością dobrej nocy i szczęśliwej podróży życzyli.

Ja już musiałem mój gospodarski obowiązek do dna samego wypełnić i odprowadzić ich jeszcze do oficyn na nocleg, gdziem miał sposobność przypatrzyć się, z jakimi to wygodami ten naród jeździ, jako mają ze sobą i miednice do mycia się, i bety, i piernaty, i papiery, i pióra, i talerze, i imbryki, i Bóg nie wie co jeszcze, a na koniec i usłyszeć od barona najuroczystsze zapewnienie ich dla mnie wdzięczności, który rzekł do mnie te słowa:

— Miło mnie jest na koniec wyrazić panu najszczersze nasze podziękowanie za tak gościnne w tym domu przyjęcie, a o ile nic mnie nie zbije w tym przekonaniu, że gdyby nie nasze tak szczęśliwe się z panem tutaj spotkanie, toby nam było drzwi przed nosem zamkniono, o tyle proszę być pewnym, że ja przynajmniej za najszczęśliwszą sobie poczytam tę chwilę, w której będę mógł panu grzeczność grzecznością odpłacić.