— Nie boimy się! — powtórzył pan Streitenbach, pociągając wielki haust wina.

— To chwała Bogu — rzekłem — ale i niebojów wilcy jadają.

— Nie zjedzą nas.

— Boska w tym wola.

— Nie boska, ale nasza.

— Wasza? Niechże i tak będzie! — odpowiedziałem i zakończyłem tę nudną dysputę z zarozumiałym na swego ducha Germanem, bo to wtedy jeszcze było tak, że człowiek by i sam za siebie nie ręczył; krew nie woda, a młody nie lubi być pobitym ani też przegadanym. Niemiec by mnie był duchem swoim pobił, i pewno pobił, bo to o nich powiadają, że każdy z nich więcej ma w głowie nauki niż biskup jaki albo rabin co najuczeńszy, a nużby mnie się było zachciało odbić się ręką i przykry by był się stał ewenement, o którym by może już dziś po kronikach pisano, za dowód barbarzyństwa naszego go stawiąc.

Tymczasem zaczęło się zmierzchać po trochę; goście, pomimo ducha swego, ani myślą wyjeżdżać, tylko popijając wino, gadają a gadają. Już i Holmfels nawet przysiadł się bliżej i do wina, i do rozmowy się wmieszał. Kłopot z tym oczywisty. Musiałem wyjść do pani stolnikowej, iżby jej woli zasięgnąć, jak sobie postąpić w tym razie. Zastałem ją w trzecim pokoju od sali wraz z córkami i gośćmi i wesoło tam było pomiędzy nimi; dziadek tylko siedział w kącie w skórzanym krześle i opuściwszy głowę na piersi, zdał się martwym lub skamieniałym. Tylko com wszedł do pokoju, rzecze do mnie pani stolnikowa:

— Cóż tam goście?

— Nic — rzekłem — siedzą.

— Bardzo waszmości dziękuję, żeś mnie zastąpił w tym przykrym razie; rozumiem to, że gościnności nie można odmawiać nikomu, ale zawsze milej by mi było, gdyby już sobie odjechali.