— Jeszcze pół godziny mamy, po cóż to darowywać.
— Nie można — odpowiedział tenże — bo trzeba jeszcze po staremu zapust pożegnać, a post powitać.
— Jakże to?
— Zaraz zobaczysz — rzekł Stojowski i zniknął ze sali.
Jeszcześmy tego tańca nie ukończyli, kiedy już w jednym kącie duży stołek drewniany postawiono i wielkim go kobiercem, na ścianie po obudwóch236 stronach zawieszonym, okryto; czyniono tam jeszcze i inne jakieś przygotowania, których ja już, ile żem się z Zosią zagadał, nie uważałem i nie pamiętam. Tymczasem zaś rączo podawano kielichy, pito, podawano drugim i do wypicia przymuszano, wymyślając różne dowcipne i śmieszne zdrowia, dla każdego kapela huczny wiwat przygrywała. Z boleścią serca musiałem i ja też Zosię porzucić, a do nich przystąpić i pić, co który zaintonował, i kto wie, czym by się to było skończyło, bo już i na kolananch pito przed damami, i ja już jeden taki kielich przed panią stolnikową, drugi przed Zosią wypiłem, ano się jeszcze do trzeciego przed Zosią zabierałem, gdyby nie to, że nagle zawołano:
— Mości panowie! Uciszcie się! — a któryś tam zaczął dzwonić łyżką w szklankę, niby dzwon naśladując. Kiedym, zdrowie Zuzi wypiwszy, powstał i obejrzał się po sali, cisza była, a na owej niby to ambonie, powyżej pasa dywanem zakryty, stał już Stojowski w białą ubrany koszulę i pas swój lity na szyi zawieszony mając. Uciszyło się całkiem, a Stojowski zaczął w ten sens:
— W imię ojca Jowisza, jego sługi stokfisza, jego syna Plutusa i jego famulusa, którego imię zginęło w Rzymie, i wdzięcznej panny Afrodity, dla której rozchorował się Bachus spity i po której słodyczy łaknie dziś pieprzu i goryczy. I która to Afrodita, w wszelkie wdzięki obfita, ze swoją miłością stanęła mu już w gardle kością, że ten Bachus, nieboże, nadobnej Terpsychorze służyć już ani weź nie może i zaległ sobą czarne mortis237 łoże. Z czego wszystkim niech będzie ta in aeternum238 nauka: że co nadto, to nadto, jako pisze i dokumentnie probuje239 Anakreon, rycerz i nieporównany w tej materii poeta swojego czasu, w księdze siódmej, rozdziale jedenastym.
Próżno też Terpsychora, panienka urodziwa, tańców i lusztyków chciwa, a w postach niecierpliwa, posłała mu swego doktora i przesłała mu swego amora, aby leżał jak pies przy jego łożu i podawał mu leki. Próżno to wszystko! Nie będzie już nic z tego kaleki, bo już jest moriturus240.
Umrze więc na tym łożu i zamkną mu się powieki, i pochowają go na rozdrożu, i grób mu wykopią głęboki, i głaz mu położą wysoki, i napis na nim wyryją taki: „Tu leżą Bachusa kości, który z miłości dostał mdłości, syt cukru i słodyczy, wołał pieprzu i goryczy, nie dostał i — krom doktorskiego starania i ziół różnych podawania — umarł” — z czego znowu ta się wydobywa nauka, że contra vim mortis non est medicamentum in hortis241, a gdzie śmierć zasiądzie łoże, tam i doktor nie pomoże; jako o tym pisze proverbiorum242 autor, dzisiaj już wiecznie w Bogu odpoczywający, Rysiński, w księdze swojej pierwszej i ostatniej, bez rozdziałów pisanej.
A kiedy jego znajomi przyjdą nawiedzić go domi, to w zimnym łożu jego nie zastaną dawnego przyjaciela swego ani kota, ani szczura, ani Rusina, ani Mazura, ani wilka, ani niedźwiedzia, ani szczupaka — jeno śledzia. Tego oto, którego tutaj mam honor prezentować waszmość państwu (to mówiąc, Stojowski podniósł prawą rękę do góry i pokazał wszystkim prawdziwego śledzia, uwiązanego na sznurku), a który jest Holender prawdziwy i nie przyjechał tutaj po to, jako niegdy jego bracia Holendrowie albo dzisiejsze Szwaby, aby nas uczyć chodzenia koło jarzyn albo zgoła rozumu, ale po to, aby był zjedzon z octem i z oliwą. I ażeby pokrył z czasem swoją solą i kwasem wszystkie frykasy, marcepany i inne nudności, które niejednemu z nas z zapust zostały w gardle i kolą go jakby kości. Co z tłustym wtorkiem ma taki związek, jak babilońska wieża z pieskiem amorkiem i z Orderem Podwiązek — a z mijającym zapustem, jak czart z odpustem — a z przybywającym Popielcem, jak robiony kwiatek ze złotym cielcem.