Pod jej stopami kobierce naśladują zieloność murawy, diamenty — rosy przejrzystość i krople; u ścian piętrzą się obicia przetykane wieńcami róż, fiałek, jaśminów i gałęzi, na których malowane ptaki prześliczne roztaczają pióra, a z góry pada światło dzienne; ale nim dojdzie oczu, przekrada się pośród muślinów i jedwabiów, długo błądzić musi po haftach ze złota i srebra, ślizgać na perłach, wyssać błękit z ametystów i rubinów purpurę, a wtedy, całe pijane od farb i połysków, na dół się stoczy i pląsa w drżące łuki, którym końca nie masz; one biegną dołem i wspinają się nazad, wypuszczając z siebie okręgi, iskry, rozkwitania i życia pozór owym udanym haftom nadając, a promienistymi sieci115 cały namiot kratkują, od góry do dołu zalewają potokiem jasności, która płynie szkarłatem i błękitem, zieleni się jak szmaragd, to złoci jak pomarańcza i do oka wpływa mile, bez rażenia, bez olśnienia, gdyby116 tysiąc motyli igrających razem po trawniku, kiedy słońce już nie parzy, a zachodzi w złocie, księżyc zaś naprzeciwko się podnosi, lamowany srebrem, a między nimi dwoma ujęte chmury hożym wieńcem oplatają niebo. O takowej godzinie chciałoby się zasnąć z rozkoszy na wieki.
Jakoż temu, który leży na owej sofie w głębi pod oponą z jedwabiu, znać z oczów, że marzy o miłości i śmierci; bo choć lubieżny uśmiech usiadł mu na ustach, bo choć tyle wzruszony, iż bliskim rozczulenia się wydaje, dosyć raz przebiegnąć owe rysy naciągnięte, rozognione rumieńcem gorączki, by wyczytać, iż śmierć niedaleka mu grozi, a to nie łagodna, na spokojnym łożu, ale taka namiętna i rozpasana w boleściach, jak rozpasanym było jego życie w chuciach i czynach.
Leży na posłaniu; ale trudno mu doleżeć jeszcze chwili na nim, choć pragnie się wstrzymać i krwi zimnej dowieść, bo wie dobrze, iż spotkał się z duszą pełną i statku117, i hartu; bo chce inakszym się pokazać, niż był przed laty; nie już po dziecinnemu i prosić, i domagać się, ale jako na męża przystało, znaglać i rozkazywać.
Na próżno, na próżno! Jakąż siłą potrafi zaprzeć w siebie ten dreszcz, który po nim bieży? Krwi bijącej nie odpłoszy od serca, od skroni żadnym sposobem; on, syn pustyni, ssał promienie jej słońca w kolebce i z nich spieka na zawżdy została się w łonie. A zatem zgrzytnie i rękoma uderzając o łoże, odeprze się od niego — skoczył, stoi wśród namiotu naprzeciwko niej. Tu jeszcze walczył z sobą samym, ale nie zdołał wystroić liców w pogodniejszą barwę. Tu jeszcze drżące załamywał dłonie, chcąc im nadać pozór niewzruszoności, ale krew coraz zażarciej wre mu po żyłach; by zmysły odzyskać, głowę na chwilę odwrócić usiłuje. Ale nie potrafił, bo siła namiętności trzyma zrzenicę jego wlepioną wprost naprzeciw. Poznał, że nie poskromi ognia, który w nim bucha — a zatem rzucił się jak wściekły, zasłonę rozdarł i oderwał z jej skroni, i zatrzymał się, dysząc, z potem na czole, z obłąkanym wzrokiem, do szczętu znękany.
A ona wciąż zachowuje milczenie i z zwykłej powagi nic nie spuszcza. Wprawdzie na jagodach znać ślady łez i smutek; ale kiedy te łzy wylała, o tym nikt nie wie; a teraz suche ma powieki i oczy posępne od wzgardy. Nuradyn wpatrywał się w nią i długo, i długo. Dziwna, że tak nagle się uciszył, głos mu zasnął w piersiach, ruch zasnął w twarzy i ramionach, jedno spojrzenia, zawsze równie mocne, sypią iskrami na lica Maryny, i z czoła mu wyczytać snadno118, iż w duchu głęboko się namyśla; zapewnie119 nie trybem ludzi, którzy ważą na szali roztropności zamiary i doszedłszy brzegu przepaści, wahają się nad nim, ale tak jak godziło się jemu, który nigdy żadnego uczucia nie rugował z duszy, o przyszłość nie dbał i duszę za pole bitwy oddał namiętnościom, a tej, co zwyciężyła, hołdował zawsze i sercem, i ciałem.
Zapewne teraz w nim podobna odbywa się walka, a promienie różnobarwnego światła, igrając po zielonej szarfie ziarkowanej złotem, po kaftanie i mieniącym się futrze, po białym zawoju, twarz mu najmilszymi oblewają tęczami. Wreszcie lica jego znów wyrazu żywszego, zmiennego nabiorą, głos do ust się ciśnie i mówić zaczyna — słowa jego muzykę naśladują, ani jednej ciągle trzymają się miary, ale przechodzą od tonów pieśni słabej, ginącej w oddali, do dźwięków wojennego pienia, brzmiącego ponad szczątkami broni i zwłokami poległych — w ustach zwycięzcy.
— O Agaj-Hanie nikt nie słyszał od dawna — pamięć pacholęcia zaginęła, jak gdyby to pacholę przypomnieć się nigdy nie miało; prawda, on był lękliwym, kochał panią i służył wiernie; śmierci za nią się nie bał; nawiedzał ją pod czarnym sklepieniem. O, jakież z niego dziecię było wtedy! Precz mi z tym wspomnieniem, niech ono będzie dla mnie jak skóra dla węża, kiedy ją odrzuci, a w nowe ustroi się szaty. Hej! wąż wtedy śmiga i syczy w radości, bo mu jadu przybyło, bo w pierścienie ze srebra i złota oblekł giętkie ciało — biada ptakom, co nadlecą, biada wędrowcom, którzy nadejdą: w pysze z chwały swojej nie daruje nikomu! O Agaj-Hanie nikt nie słyszał od dawna; ale on nie przepadł jak gwiazda, co zlatuje na dół w głębiny świata, jak koncha, co z brzegu zsuwa się w bezdenności morza — on wybrał się sam jeden i przez pustynię życia do Medyny serca swojego pielgrzymował długo, o skwarze i pragnieniu, urągając się przeszkód i trudów, aż wreszcie doszedł, a choć spalone ma czoło, nadwątloną siłę, nie żałuje tego! Bo to dla ciebie czynił, huryso moja!
A teraz chwila szczęścia nad nim zawisła, jako zbawienie nad grzesznikiem, co długo błagał proroka, aż prorok zlitował się jego wołaniom. —
— Losem wojny — odrzekła surowo — w ręce sługi swego dostała się pani, ale nie przeto znikł rozdział między carową a giermkiem. — Tu się zatrzymała, ale zaraz potem zawoła: — Nie! Zanadtośmy bliskie śmierci, ażeby się jeszcze pysznić z darów, które niegdyś Bóg zlał na naszą głowę, a w upodobaniu swoim odjął nam za to, żeśmy Jego przykazań we wszystkim się nie pilnowały. Wśród tej pustyni, w której, jako przeczuwamy, grób nas czeka, zapomnijmy o Kremlinie i dniu owym, kiedy nie byłbyś śmiał oczu podnieść aż do poręczy naszego tronu; ale imię na chrzcie nadane, ale drugie imię od przodków wzięte, tobie dobrze znane, twoją hardość ukrócić powinno. Owym pierwszym chrześcijanką jestem: uchyl czoła, pohańcze; owym drugim: Polką: pamiętny klęsk i wstydu swojej braci, uniż się, Tatarze! —
— Udajesz, chytra, bo znasz moje dzieje, one były muzyką twojego więzienia. Tam obsypałem cię perłami i diamenty z skarbnicy chwały moich naddziadów. —