Uśmiech goryczy wykręcił mu usta.

— Nie mów już mi o tym, co przeszło, potem będzie sprawa i z nim, i z nimi; ale mów, że mnie kochasz, ale mów, że chcesz być morzem jasności i rozkoszy, w którym zatonę. Tyś mi życie przepsuła na niwecz — jako gwiazda, co wróży nieszczęście, ukazałaś mi się i drasnęłaś promieniem; ale potem zniknęłaś, o gwiazdo moja; porwały cię wiry z ognia i uniosły daleko ode mnie, a ja zostałem w ciemności, klnąc proroka, szarpiąc włosy. Językiem moim stały się przekleństwa, napojem łzy i krew, sącząca się z potłuczonych skroni. Ha! Nagle porwałem się do biegu — ten, który cię uwiózł, nie ujdzie mej zemsty! Ścigałem i pieszo, i konno, podliłem się przed ludźmi, klękałem przed bojarami, a śmiałem się w duszy; oni myśleli, że to dla nich, a to dla ciebie było. —

Kiedy to mówił, ciemniały mu rysy i pański głos przybierał; ona milczy i zdaje się nie słuchać.

— Ha! Patrzcie: syn padyszachów, mocarz nad emirami, synowiec słońca darmo żebrze miłosierdzia u Laszki! Gdzie twoje wojska, gdzie dwory, posagi, potęga, gdzie Dymitr, gdzie Zarucki? Opuściło cię wszystko, liść po liściu opadł z drzewa; strumień szczęścia fala po fali wysechł na żwirze niedoli. W kim dufasz, na czym się oprzesz? Spojrzyj wokoło, sama jesteś wśród hufców moich!

— Wiem o tym, że sama, i dlatego na śmierć się gotuję. Giermku, nie przeszkadzaj myślom moim, bo długi wątek życia muszę okręcić wkoło chwil tych kilku, co mi jeszcze pozostały, a potem rozkazy cara wypełnisz! —

— O, zważaj, zważaj na moje słowa! Pokochałem ciebie, najcudniejszą wśród urodziwych, kiedy anioł zesłany od Allaha, przelatując powietrze, zatrzymałby się w locie, roztoczył nad tobą skrzydła i przypatrywał się tobie tak samo, jak gdyby nową spotkał gwiazdę, w chwili kiedy na rozkaz Stwórcy wznosi się z otchłani i pierwsze najświeższe promienie rozsyła po świecie.

Dziś, huryso moja, po długim niewidzeniu, znów oglądam ciebie; ale mgła żałości obwija twe czoło, jad głodu i nędzy wgryzł się w rysy twoje, pył długich błędów120 i bitew przyprószył kwiecie jagód twoich, [od zimna skrzepła twa zrzenica] i na powiekach dźwigasz ciężar bezsennych nocy. Byłaś jak chmura ukochana od słońca; na całym niebie żadna insza jej nie zrówna, ona jedna ciągnie oczy k’sobie, bo do niej całego nieba zbiegły się jasności, szkarłaty i złota, wiatry jej się przymilają i śpiewają w chórze podczas błękitnej żeglugi. A teraz zda mi się, jakoby zaszło słonce, a owa piękna została z tyłu. Księżyc wznijdzie i srebrem ją wieńczy, ona cała srebrna, przetykana gwiazdami; i patrzę na nią dotąd, i kocham dotąd. Zerwij się do lotu, chmuro, przebiegnij od morza do morza — gdzie takiego drugiego znajdziesz, co by zarówno cię ubóstwiał, czyś w pełni, czyś o zmierzchu twej chwały?

Zważaj, zważaj na moje słowa! Car tu jest niczym; z potęgi jego śmieje się Agaj-Han jak z kurzawy, którą z nóg otrząsa. Ja tu panem — na całą pustynię. Zapomnij o przeszłości jako o ptaku, co przeleciał i nigdy nie wróci! Na rączych koniach uchodź ze mną razem! Za tymi piaski murawy się zielenią, kwiecia niemiara i ocean rozkoszy. Tam, huryso moja, nas dwoje będzie, a świat cały naszym łożem miłości. Precz mi z Ojczyzną, Bogiem, Prorokiem, sławą i ludźmi! Żyć będę w objęciach twoich i skonam na twojej piersi. —

I zbliżał się do niej z drżącymi ramionami, jak gdyby ciało zabierało się do gwałtownego rozprzęgnienia. Rozhuźdane chucie szarpią mu rysy na twarzy, skręcają usta, na których pożądliwość się pieni. Zęby dzwonią, biją od krwi, co do nich napływa. W tej chwili wszelki ślad Boży opadł od niego i stał się człowiekiem na podobieństwo szatana.

A ona, zawsze równie poważna i nieulękniona, wzrokiem, którym go hamowała przed laty, wstrzymuje i dzisiaj. On ślepego był męstwa na polu bitwy, odwaga w nim stawała się namiętnością, nieraz rzucił się jeden pośród tłumu nieprzyjaciół, nieraz, choć słabszy, okręcił się giętko naokoło wroga i nagiął ku ziemi; nie z rozwagą, nie z zimnym statkiem szedł naprzeciw śmierci, ale z wściekłością, z obłąkaniem; a teraz do tej, którą ścigał tak długo, przystąpić nie śmie. Wyciąga ramiona, opadają ramiona; rzuca się ku niej, rad by ją porwać w objęcia i przygnieść do piersi, i tarzać się z nią po ziemi jako wąż z gadziną, ale zawsze odparty owym spojrzeniem na pół dumnym, świętym na pół, w którym i wstyd niewieści, i uroczystość duszy myślącej o zgonie, i ślad cierpień miesza się [do czegoś dawnego,] do okazałości, pozostałej z tylu powodzeń i potęgi; nie wiedząc, co czynić, to płacze jak dziecko, to zgrzyta jak potępieniec.